Międzygatunkowa rodzina
Dog lifestyle Dogstory

Moje mieszkanie stało się domem – historia adopcji Dana i Kamili

Do firmowej skrzynki wpadło zamówienie na szelki z jedyną w swoim rodzaju adnotacją. Kamila donosiła, że po przeczytaniu wpisu o Wyprowadzaniu psów w schronisku, zaczęła wychodzić z psami, aż przyprowadziła jednego z nich – Dana, do domu. Szelki, które u nas zamawia są właśnie dla niego.

Dzięki Kamili mocno poczułam, że pisanie do Internetu ma moc. Bardzo chciałam ją poznać i wysłuchać ich historii. Umówiłyśmy się w kawiarnianym ogródku, Kamila przyjechała z Woli wraz z podopiecznym – Danem.

źródło: napaluchu.waw.pl; autor: Adam Litwiniuk

Zaczęłam jeździć na Paluch, kiedy zostałam bez psa i zaczęłam odczuwać, że brakuje mi kontaktu.

Jak teraz wygląda Twój dzień?

Rano budzę się, jem śniadanie i zabieram na półgodzinny spacer. Po powrocie karmię go i wychodzę do pracy. Kiedy przychodzę z pracy idę z nim jeszcze dwa razy – na jeden długi i jeden króciutki spacer – albo pierwszy jest krótki jak jestem zmęczona i drugi jest długi albo właśnie pierwszy jest długi kiedy mam ochotę pospacerować na długi spacer, a drugi jest króciutki. Długi to około godzinny spacer.

Kiedy wspominasz dzień adopcji – jak to wyglądało, jak się czuliście?

Dan zrobił wspaniałą rzecz. Przed adopcją chciałam go wyprowadzić na spacer, żeby zrobił siku i tak dalej. Kiedy zabrałam go z boksu to się okazało, że pies zachowuje się zupełnie jak nie on! Zwykle był spokojny, witał się delikatnie, przytulał się. A tego dnia był bardzo podekscytowany – biegał to tu, to tam, ciężko się z nim spacerowało, więc dość szybko go odprowadziłam. Nie wiem dlaczego on się tak zachowywał, skąd on to wiedział? A jeszcze w boksie miał swoją piłeczkę. Nigdy wcześniej nie wychodził z tą piłeczką, jak go zabierałam. A wtedy, kiedy przyszłam go zabrać po raz ostatni, to wrócił po tą piłkę, zabrał ją sobie i dopiero z nią wyszedł.

O kurczę.

Być może być zestresowany, a mamlanie tej piłki go uspokaja, prawda? Ale to naprawdę wyglądało tak, jakby po prostu wiedział. Zabrał swój dobytek i wyjechał ze mną.

źródło: napaluchu.waw.pl; autor: Adam Litwiniuk

A jak spędzacie wspólnie czas?

Dan najbardziej lubi zwykłe spacery po osiedlu między blokami, ponieważ wtedy szuka jedzenia. Oczywiście ma na tą okazję kaganiec, ale chodzenie między blokami jest najlepsze, bo można grzebać w trawie i w krzakach i szukać, szukać żarcia, resztek i jeży. Na dłuższy spacer chodzimy sobie do parku. Na Woli są takie dość duże parki, trzy, trzy naraz obok siebie, z tym, że zauważyłam, że on boi się chodzić do tych parków. Myślę, że po pierwsze dlatego, że ćwiczymy tam wracanie do mnie, więc czasem mu się chowam, czego on nie lubi, a po drugie on nie czuje się dobrze z dużymi grupami psów i nie ma ochoty na kontakty z takimi stadami. Z kolei z pojedynczymi psami bardzo, bardzo dobrze się kontaktuje: jak jakiś pies na niego szczeka to on po prostu się odwraca i sobie idzie, także jest na co dzień bezproblemowy.

Zajmowanie się psem z w pojedynkę – Wasze narracje

A mówiłaś, że jak na spacery między blokami zakładasz mu kaganiec?

Tak, on naprawdę zbiera wszystko w błyskawicznym tempie. Idzie sobie spokojnie, idzie i… hops! Do pyska.

Znam to. Kiedy Bonzo był na diecie żołądkowej, to też zakładałam mu kaganiec na spacery między blokami, to oczywiście wszyscy nagle umykali przed nami, bo „uwaga, Hannibal Lecter idzie”.

Oczywiście, też znamy takie sytuacje! Jak ludzie widzą czarnego wilka w wielkim kagańcu, rozstępują się i zabierają swoje psy. Trochę mi go było szkoda i na początku nie zakładałam tego kagańca, żeby mógł biegać z piłką w pysku, co bardzo lubi. Wzbudza wtedy sensację, wszyscy się cieszą, że taki piesek niesie piłeczkę, ale jednak no piłeczka okazała się zbyt mało skuteczna i mniej apetyczna niż resztki na trawniku.

A tak poza spacerami lubimy leżeć sobie na dywanie i czytać.

Dywan kupiłam do domu specjalnie na okazję pojawienia się Dana – w końcu ma już swoje lata i chciałam, żeby stąpał stabilnie bez strachu, że rozjadą mu się łapy.

No, ale jak trzeba wyjść z psem i jeszcze dodatkowo gdzieś pojechać, i pójść do pracy to doba staje się za krótka. Dlatego od kiedy zrobiło się ciepło, to umawiam się na spotkania w parku czy w parkowej kawiarni i zabieram Dana ze sobą – w ten sposób mam załatwione spotkanie i spacer jednocześnie.

Jak z Twojej perspektywy zmieniło się Twoje życie odkąd jest z tobą Dan? Wcześniej miałaś przynajmniej o te dwie przynajmniej godziny wolnego czasu.

Nie brakuje mi tego wolnego czasu. Wydaje mi się, że po prostu bardziej nauczyłam się dbać o swój czas, czyli na przykład nie spędzam godzin buszując po Internecie bez sensu. Jak się ma pół godziny to już można przeczytać dobry kawałek książki. Poza tym mam wrażenie, że odkąd pojawił się Dan, moje mieszkanie stało się domem. Jak się jest samemu to… jest po prostu miejsce, w którym się mieszka, a jak się pojawia coś żywego to już, to już jest dom, nie? Gdy jest jakaś druga żywa istota, druga osoba.

Tak, mam wrażenie, że tworzy się taka rodzina.

Tak.

Kiedy pojawił się Dan, zaczęłam bardziej dbać o swoje mieszkanie: zaplanowałam malowanie, kupiłam ten dywan, zmobilizowałam się wreszcie, żeby kupić dobre rolety. Są potrzebne aby zapanować nad temperaturą w domu zwłaszcza na czas, kiedy pies zostaje sam.

Dla siebie się nie chciało, a pies to wyższa konieczność.

źródło: napaluchu.waw.pl; autorka: Kamila

Jest taka teoria, że z małym psem żyje się w mieście łatwiej, niż z dużym. Dan nie jest małym, lecz dużym psem – czy to bywa uciążliwe?

Wyobrażam sobie, że z małym psem jest łatwiej w komunikacji miejskiej. Czasem tramwaje są zatłoczone, i nawet jeżeli pies jest spokojny, a ludzie nie patrzą krytycznie, to ja się po prostu boję, że ktoś mu nadepnie na łapę w tym ścisku. W tej sytuacji może fajnie, gdyby Dan mógł się skurczyć – być takim małym Yorkiem, którego można wziąć na ręce i ochronić przed tłokiem. Ale, ale poza tym nie, nie wydaje mi się, żeby duży pies był bardziej kłopotliwy niż mały.

Opiekujesz się Danem w pojedynkę. Jak się odnajdujesz w tej sytuacji?

Bałam się, że moje życie się będzie kręciło tylko wokół psa i pracy, że nie będę miała czasu dla siebie. Okazuje się jednak, że wszystko da się jednak pogodzić. Półtorej – dwie godziny spaceru dziennie to nie jest nic strasznego, a w ciągu dnia można psa zabrać do miasta, są weekendy. Bardziej stresująca jest myśl – co się stanie jeżeli będę chora. Albo coś mi wypadnie w pracy i będę musiała zostać dłużej, nie będzie miał kto z nim wyjść. Po prostu trzeba mieć kogoś, kto nas w takich sytuacjach zastąpi. To może być ktoś z rodziny, albo po prostu petsitter. Trzeba mieć kogoś, do kogo można zadzwonić, jak jest jakaś awaryjna sytuacja.

Kamila zatwierdzając swoje wypowiedzi do tego artykułu, napisała dalszy ciąg tej historii. Mogę Wam z radością przekazać, że Dan ma towarzystwo, a Kamila opiekuje się nie jednym, a dwoma starszymi psiakami. O tym wpisie mówi „Byłoby super, gdyby to dodało odwagi komuś, kto się przymierza do adopcji”.

A jaka jest Wasza historia adopcji?

You Might Also Like...

  • Iwona Glinka-Kuczyńska

    Moja historia jest dość nietypowa. Prawie 2 lata temu pochowałam swojego cudownego przyjaciela o imieniu Kokos. Kokosa znalazłam w lesie w stanie skrajnego wykończenia. Spędziliśmy razem wspaniały rok. Niestety Kokos ciężko zachorował i musieliśmy się pożegnać… co było dla mnie ogromnym dramatem. Po niecałych 2 tygodniach od pożegnania z Kokosem przyjaciółka podesłała mi ogłoszenie psa który przebywał w schronisku na drugim końcu Polski – nazywał się Tonik. Był tak samo biały jak Kokos a jego mordka rozkochała mnie od 1 spojrzenia. Serce bolało a łzy leciały …ale poczułam .. że łzy i ból które mam w sercu chcę przemienić w coś dobrego. Siedzeniem i płakaniem przecież nic nie zmienię. Podjęłam decyzję i pojechałam do schroniska. Niestety okazało się, że władze schroniska wraz z weterynarzem pracującym tam nie byli chętni do współpracy i postanowili robić mi pod górkę. Zaparłam się jednak i pojechałam do schroniska 2 raz. Przy okazji poznałam wolontariuszkę ze schroniska, która opowiedziała mi w skrócie o polityce schroniska i o tym, jak bardzo zaniedbywane są tam zwierzęta. Gdy się spotkałyśmy akurat wyciągnęła ze schroniska małego pudelka z bardzo wysoką gorączka i zapaleniem płuc – który był taką małą kopią mojego Kokosa tylko, że był czarny. Wolontariuszka spytała żartobliwie, czy może nie chciałabym i tego pieska adoptować- sądząc z pewnością, że nie spotka się z moją aprobatą… ale jakie było jej zdziwienie kiedy ZGODZIŁAM SIĘ. Tak ! Zabrałam oba pieski z tego okropnego miejsca. Oba okropnie zaniedbane. Jeden z nich Gucio – czyli czarny pudelek niestety już odszedł. Ale ostatni rok życia spędził w najbardziej kochającym domu na świecie. Gucio był staruszkiem. Miał wszystkie choroby świata. Całe dnie spędzaliśmy u lekarzy. Dzięki zbiegowi okoliczności i empatii wolontariuszki – Gucio odszedł szczęśliwy i kochany. Drugi piesek – Tonik – to pies marzenie. Smutny i skołtuniony – teraz jest najszczęśliwszym psem na Ziemi. Wiele osób zatrzymuje się na ulicy widząc go – jest tak pięknym i mądrym psem. Schroniska są pełne tak wspaniałych psów. Wiernych mądrych i kochanych. I czasem nie wiedzieć nawet jak i kiedy – nasze życie wywraca się do góry nogami – bo wracamy do domu z 2 psami zamiast jednego :) na domiar mając na pokładzie jeszcze trzeciego :D https://uploads.disquscdn.com/images/260f53f53d35e95eb90b9700403fad450df250bebdbc49ace05650fcca30d023.jpg