Międzygatunkowa rodzina
Dog lifestyle Dogstory

Relacja na wyłączność vol. 2

Jak to jest zajmować się psem w pojedynkę? Druga część cyklu dotycząca Waszych historii.

Asia, zawieszona między Warszawą, Krakowem i Wrocławiem. Mieszka i podróżuje z futrzaną towarzyszką – Gruzją.

SONY DSC

Gruzja nie jest moim pierwszym psem, ale pierwszym którym zajmuję się sama. Adopcja była bardzo dobrze przemyślaną decyzją, zastanawiałam się ponad rok: czy dam radę sama, jak zajmę się psem, skoro ciągle kursuję między Wrocławiem, Krakowem i Warszawą, a przede wszystkim, czy będę miała czas, skoro praca zajmuje mi niemal cały dzień. Okazało się, że dajemy radę, że Gruzja dzielnie i z przyjemnością jeździ ze mną po całej Polsce, że mam czas, a praca nie jest już najważniejsza.

Początki nie były łatwe. Przeprowadziłam się do Warszawy z Wrocławia, niemal nikogo tu nie znałam, a po czterech miesiącach zamieszkała ze mną Gruzja, nie byłam już sama, ale obie musiałyśmy się tu odnaleźć.  Moja ruda łobuziara urodziła się i całe cztery lata spędziła w schronisku i musiała nauczyć się żyć w mieście, w zasadzie wszystkiego uczy się od początku. A to wymaga systematyczności i cierpliwości z mojej strony, zapewnienia jej spacerów, atrakcji, szkolenia. Mieszkam sama, mam tu ledwie garstkę znajomych, którzy mogą pomóc w razie sytuacji awaryjnej, więc wszystko, co robię, musi być dobrze zaplanowane i brać pod uwagę potrzeby psa. Niezależnie od tego, jak intensywny miałam dzień, dla Gruzji codziennie muszę mieć czas na dłuższy spacer, zabawę czy naukę. Staram się jak mogę, ale i tak często mam poczucie, że ją zawodzę, że mogłabym poświęcać jej więcej czasu.

Opiekowanie się psiakiem w pojedynkę to też problemy logistyczne. Przykładowo chwilowy brak samochodu i niespodziewana podróż do Wrocławia pociągiem były sporym wyzwaniem – hałas i stres, torebka, laptop, walizka i zdezorientowany pies, który kategorycznie odmówił zjechania na peron ruchomymi schodami. Szaleństwo, ale dałyśmy radę. Zdarza mi się pędzić z drugiego końca miasta między spotkaniami, żeby chociaż wysikać psa i zdążyć potem wrócić do pracy na czas, a wracając zahaczyć o fitness i biegiem do domu, bo przecież jestem winna Gruzji dłuższą aktywność, a nikt za mnie tego nie zrobi.

I tak, czasem oddałabym wszystko, żeby po ciężkim dniu po prostu się zdrzemnąć na kanapie albo żeby pospać w sobotę do południa. Fajnie, jakby ktoś zataszczył na 4 piętro 10kg karmy albo porzucał psu piłeczkę, kiedy ja padam na twarz. Ale koniec końcem, niezależnie od tego, jak bardzo mi się nie chce, wychodzimy i często rundka wokół bloku przeradza się w dłuższe spacerowanie, trwające czasem do późnych godzin nocnych. Ona z taką pasją i radością nadrabia stracony czas, że zwyczajnie nie mam serca jej odmówić, niezależnie od tego, jak sama jestem zmęczona.

Są też plusy: pracuję mniej, ale bardziej efektywnie – wciąż mam w głowie myśl, że im szybciej skończę, tym szybciej będę mogła zająć się psiakiem. I jestem dużo bardziej aktywna – wiadomo, że muszę, ale sprawia mi to masę frajdy. Paradoksalnie bywa też tak, że mam więcej czasu – jeśli wszystko mam dobrze zorganizowane, to znajdę czas i dla psa, i dla przyjaciół i na moje hobby, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się niemożliwe.

Bywa trudno? Owszem. Ale radość Gruzji wynagradza mi wszystko, teraz ona jest najważniejsza.

Daria, 30+, mieszkanka Ursynowa. Aktualnie handlowiec. „Po pracy jestem książkoholikiem i studiuję fotografie. Kocham piesy i ludzi, którzy pchają piesy. Ale koty też mogą być ;)”.

Zygmunt-horz

Model rodziny 1+1/3

Zygmunt. Niby pies. Aportuje, szczeka. Wcina psią karmę. Ale pewne kręgi twierdzą, że to jednak może być kot… ;) Bo mniejszy niż nie jeden kot (o psach nie wspominając), bo leniwy, lubi wygrzewać się w słońcu i spać na ludzkich kolanach, wpycha łebek pod ludzką dłoń wymuszając nieustanne głaskanie i drapanie. Te i inne wątpliwości doprowadziły mnie do odkrycia nowego gatunku jakim są psokoty a ich przedstawicielem jest właśnie Zygmunt.

To już niemal 5 lat razem. Zygmunt jest 4-ro kilowym Maltańczykiem na niezbyt długich łapkach. W sam raz do 42 m2 na trzecim piętrze bez windy. Fantastycznie się zgraliśmy. W łikendy kochamy długo spać, jeździmy razem na rowerze, nad morze, do znajomych, chodzimy na zakupy (idealnie chowa się w lnianej torbie na ramię, wystaje tylko głowa). Swobodnie można powiedzieć, że się przyjaźnimy.

Przez większość z tych 5 lat jestem samotnym „rodzicem”. Bywa to fajne ale i kłopotliwe. Na szczęście Zygmunt składa się w większości ze słodkości, wybaczam mu więcej. Mam teorię, że natura tak go stworzyła bo sam w życiu nie upolowałby jedzenia! Co więcej, sąsiedzi łatwiej przymykają oko na szczekanie, udaje się często wejść do miejsc antypsowych np. mięsny (!), a przyjaciele chętniej pomagają w opiece.

Często słyszę, że ludzie nie decydują się na psa bo przecież całymi dniami nie ma ich w domu. Prawda wygląda tak, że one są trochę jak niemowlaki. Większość dnia i tak przesypiają. Przykład? Czasem jest taki bezczelny, że nie zdążę wyjść rano do pracy, a on już znowu śpi! Poza tym, po prostu staram się go ze sobą wszędzie zabierać.

To nie zawsze jest możliwe. Jasne, że w dwójkę byłoby łatwiej. Jak pokazuje rachunek prawdopodobieństwa, częściej wtedy ktoś jest w domu. To oczywiste, że ponieważ tylko ja odpowiadam za Zygmunta, wymaga to więcej kombinowania i lepszej logistyki. Zmieniając pracę muszę wybrać taką, żeby broń boże nie być za dużo w delegacji. Nie zawsze wyjeżdżając mogę go zabrać ze sobą. Zdarza się że po pracy trzeba coś pilnie załatwić i nie da się „zahaczyć” o dom. Bywa trudno. Zaczyna się kombinowanie.

W takich chwilach sięgam po pomoc przyjaciół i mamy. Gdyby nie Ania czy Ola byłoby mi o wieeeele trudniej. Zawsze mogę liczyć na to, że któraś biedaka wyprowadzi na spacer lub na trochę zabierze do siebie. Kiedy wyjeżdżam na dłużej proszę o pomoc mamę. Mieszka pod Warszawą, ma domek z ogródkiem. Zygmunt uwielbia tam jeździć. Kiedy przychodzi do powrotu, zawsze ma dylemat – wracać czy jednak zostać? Wcale nie wygląda na nieszczęśliwego, chociaż kiedy mnie widzi cieszy się jak głupi!

I tak to miło mija nam wspólne życie. Nie jest tak strasznie. Jest wspaniale! Nie zawsze idzie gładko, ale na szczęście nie żyjemy na bezludnej wyspie. Są przyjaciele, którzy pomagają. Żałuję tylko, że Polska to nie Włochy, gdzie widok psa niemal wszędzie jest na porządku dziennym. Nikomu nie przeszkadza w restauracji, nie ma tych paskudnych tabliczek z zakazem wejścia dla psiaków. Gdyby nie to, jeszcze mniej czasu spędzał by sam w domu.

Dominika, 20+, studentka medycyny. Mieszka z owczarką Luną i dwiema współlokatorkami.

luna-horz

Jak to jest opiekować się psiakiem w pojedynkę? Normalnie i zwyczajnie :) Półtora roku temu (we wrześniu 2013r.) Luna przeprowadziła się do mnie na studia. Wcześniejsze 5 lat mieszkała z moją rodziną w domu z ogrodem. Niestety, muszę przyznać, że niezupełnie miałam wówczas pojęcie o psich potrzebach (socjalizacja z innymi psami itp.) i dzięki swojej własnej głupocie użeram się teraz z kilkoma rzeczami.

Idąc na studia oczywista była dla mnie wyprowadzka z psem, ale dla rodziców już niekoniecznie… Nowe miasto, ja na pierwszym roku medycyny, współlokatorzy bojący się zwierząt, daleko do domu (ponad 300km), a w dodatku brak sensownych połączeń kolejowych. Szczerze mówiąc też obawiałam się czy ogarnę siebie, studia i psie potrzeby bo przecież  „medycyna taka straszna – zero życia i nauka 24/7”. Rok szybko zleciał – po wakacjach rodzina nadal nie chciała oddać mi psa :P Na drugim roku zmieniłam mieszkanie i stopniowo zaczęłam zabierać Lunę do siebie na kilka dni. Podczas wakacji wyjechałam na wolontariat do Nepalu i to tak naprawdę był moment przełomowy psiej przeprowadzki. Po powrocie pies dosłownie przykleił się do mnie. No i tak zostało :) Tata po tygodniu nie wytrzymał braku merdającego ogona i adoptował psa ze schronu.

Luna jest cudownym psem. Doskonale ogarnęła miasto, wszelkie hałasy, pociągi i komunikację miejską. Nie załatwia się w domu i spokojnie czeka na mnie, aż wrócę (dobra, może to nie jest wielkie osiągnięcie, ale w sumie nigdy nie była tego uczona).

Mieszkamy w studenckiej chacie: 3 człowieki + Luna. Czasami, gdy naprawdę nie mam jak wrócić na „szybkie siku”, psicę sikają i spacerują współlokatorki. Po zajęciach biegniemy na spacer lub do psiej szkoły. Kawa doskonale smakuje z kubka termicznego na spacerze z psimi znajomymi. Weekendy spędzamy aktywnie, aby nadrobić cały tydzień. Najczęściej w górach, ale też na zawodach dogtrekkingowych, na kajaku, na nartach, na rowerze. Zresztą teraz zbytnio nie mam innej możliwości – pies doskonale wyczuwa kiedy nie mam zajęć i budzi mnie wtedy przed 7 rano. Nie zamieniłabym tych pobudek na nic innego!

Zauważyłam, że odkąd mieszka ze mną pies poprawiła mi się organizacja czasu, szybkość porannego wstawania i cały świat jest jakby weselszy, bo na marudzenie brakuje czasu ;) Posiadanie kudłatego kumpla zdecydowanie zwiększa kreatywność i poszerza horyzonty: 99,9% wyjazdów można zorganizować tak, aby pies też miał z nich frajdę. Nawet jeśli jest to wyjście do teatru.

A studiowanie? Idzie lepiej niż bez psa…

Dorota, 20+, „moja pasja i praca to marketing”. Mieszka z Czesławem na warszawskich Stegnach.

czesio

Samotna opieka nad psem nie musi być wielkim utrapieniem. Mam to szczęście, że mogę porównać mieszkanie z psem, a mieszkanie faktycznie samotnie. Od razu zaznaczam, że łączę pracę w pełnym wymiarze ze studiami zaocznymi, mam cudownych przyjaciół i wspaniałego faceta. Jak zatem znajduję czas dla psa? Zaczęło się od przeorganizowania planu dnia. Jako śpioch na miesiąc przed wprowadzką Czesława (Jack Russell Terrier) wychodziłam na poranne spacery po bułki. Po kilku dniach bolączki mogłam spokojnie rzucić kawę, po którą po dziś dzień sięgam wyłącznie w trakcie sesji.

Po całym dniu pracy i godzinnej przeprawie przez Warszawę, ostatnią rzeczą jaką człowiek chce, jest wyjście na spacer, a zwłaszcza gdy pada deszcz lub śnieg, a my jesteśmy przemarznięci do kości. Czesław nauczył mnie, że nie ma czegoś takiego jak zła pogoda… są po prostu nieodpowiednie ubrania;) I tak spacer popołudniowy w deszczu stał się moim sposobem relaksu. Przy samodzielnej opiece, bardzo ważną zasadą jest niedopuszczenie do monotonii. Te same ścieżki, te same trawniki, powodują, że ani ja, ani Czesiek nie jesteśmy zadowoleni z wyjścia.

Bardzo fajną sprawą są wspólne wypady „na miasto”. Jak tylko mogę zabieram Czesława na spotkania z moimi przyjaciółmi, co jest możliwe dzięki intensywnym, dłuuuuugim szkoleniom na własną rękę. Wiosenny spacer po krakowskim przedmieściu, z postojem na pyszne ciacho i miskę wody dla mojego futrzaka jest najlepszą nagrodą za miesiące pracy nad zachowywaniem się w mieście;)

Minusy? Jak się ktoś uprze to może wyliczać w nieskończoność, ale powiem szczerze, że po dniach tzw. „głuchoty nabytej”, gdzie spacer bez smyczy to jedno wielkie „doooooo mnieeee” przychodzą chwile, gdy za dotknięciem jednego mokrego nosa, na twojej twarzy gości ogromny uśmiech, bo wiesz że masz przy sobie najlepszego przyjaciela.

Moment, w którym najbardziej potrzebowałam wsparcia drugiego „ludzia” to powrót z felernego spaceru, gdy Czesław został dotkliwie pogryziony przez Cane Corso, bądź okres po kastracji, gdzie mimo wszystko czułam się bezradna. Na szczęście wówczas mogłam liczyć na pomoc partnera, rodziny i moich przyjaciół, za co jestem im dozgonnie wdzięczna.

Wychowywanie psa w pojedynkę wiąże się z poważnymi zmianami, z codzienną pracą nad psem, ale przede wszystkim nad sobą samym. Przeszłam tę drogę i nie mogę się doczekać kolejnych wyzwań, w końcu mam Czesiowe wsparcie!

Magdalena i przez dłużące się lata wyczekana Zuri, Parson Russell Terrier :)

zuri-horz

Wszystko jest możliwe jeśli się tego naprawdę chce. Wychowałam się w domu, w którym zawsze były psy, a potem zaczęłam pracować na pełny etat, wyprowadziłam się ze swojego rodzinnego miasta, obowiązki, zobowiązania, życie towarzyskie. W efekcie, przez wiele lat, z jednej strony bardzo mi brakowało psiej mordki w domu, z drugiej wiedziałam, że czy to w pojedynkę czy we dwójkę, nie dałabym rady zorganizować się tak, żeby pies nie był pokrzywdzony. I tak lata mijały tęskniąc za porannymi pobudkami, radością w drzwiach, spacerami, drapaniem po brzuchu, mokrym nosem na kolanach, wpatrzonymi psimi ślepiami, wspólną aktywnością, za wszystkim co związane z psio-ludzką więzią. Wreszcie jednak udało się „ogarnąć” rzeczywistość i wtedy natychmiast pojawiła się w moim życiu Zuri.

Nie ma jednak co ukrywać – ważnym elementem była zmiana trybu pracy. I tak, w dni kiedy jestem długo w pracy wszystko inne idzie w odstawkę, bo trzeba szybko wracać do domu do psa; czy człowiek zdrowy czy chory na spacer trzeba pójść; zły nastrój, brak motywacji – trudno, psem trzeba się zająć; pies chory – grafik trzeba dostosować do wizyt u weterynarza; poranne spacery, codziennie, bez zmiennika/zmienniczki itd. Bywa trudno, bywają nawet czasem wyrzuty sumienia, że inne psy w domach gdzie jest więcej niż jedna osoba mają lepiej. Jednak z perspektywy dwóch wspólnych lat stwierdzam że to cudowny układ. Jesteśmy zgranym duetem – znamy się w końcu na wylot. Dajemy sobie dużo radości – z czego najważniejsze to chyba wspólne, bardzo liczne, przygody i poczucie tej wyjątkowej więzi kiedy pies ma tylko jednego człowiek. Mając wcześniej psy, tego się mniej więcej spodziewałam. Nie spodziewałam się jednak jednego: ilości cudownych ludzi jakich poznałam dzięki Zuri. To było i jest największym zaskoczeniem!

Jest jednak kilka spraw które są bardzo istotne jeśli się żyje z psem w pojedynkę. Po pierwsze przyjaciele, bliskie i zaufane osoby na które zawsze można liczyć. My mamy to szczęście, że takie zaplecze mamy. Bez tego byłoby bardzo trudno. Kolejna to odpowiedzialne podejście do takiego zobowiązania, czyli gotowość na rezygnacje z wielu innych zajęć. Bardzo pomaga też jeśli pies jest dobrze wychowany, nie ucieka, potrafi się zachować w różnych sytuacjach, jest… równie elastyczny jak my. Naprawdę wierzę że warto poświęcić czas na pracę z psem – współżycie staje się wtedy łatwiejsze, przyjemniejsze (nie wspominając o wszelkich innych, licznych, korzyściach). Na pewno łatwiej jest też żyć z psem w mieście w którym można go zabierać w różne, mniej oczywiste miejsca. Zuri bardzo często ze mną przebywa – zarówno w życiu zawodowym jak i prywatnym. Życie z psem w pojedynkę jest wyzwaniem – ale to cudowne wyzwanie!

Maria, 40+, własna firma. Mieszka z Czortem na Ochocie. Czort prowadzi bloga Psie Smutki.

czort

Mój pies może liczyć tylko na mnie!

Samotne wychowywanie psa niesie z sobą wiele radości, bo cały ogrom psiej miłości mam tylko dla siebie. Codziennie rano po przebudzeniu wita mnie tak, jakby nie widział mnie od tygodnia. Po każdym powrocie do domu robi mi okrutną awanturę, nawet jeśli nie było mnie tylko pół godziny.  Kiedy jestem zajęta i poświęcam mu zbyt mało czasu, rzuca we mnie swoimi pluszakami ;) Nie wyobrażam sobie już życia bez niego.

W pakiecie z psią miłością dostałam bagaż codziennych obowiązków, z którymi muszę uporać się sama. Trzy spacery dziennie, niezależnie od pogody, to w sumie czysta przyjemność. Schody zaczynają się w przypadku choroby. Spacer z gorączką, bolącym kolanem czy zawrotami głowy to jak wspinaczka wysokogórska. Jakoś dajemy radę, choć  łatwo nie jest.

Czort jest psem „specjalnej troski” związanym ze mną „toksyczną miłością”. Boi się ludzi i ma problemy z nawiązywaniem relacji  psio – ludzkich. Zajmuje mu to bardzo dużo czasu, niesie z sobą wiele stresu i nie zawsze kończy się sukcesem. W naszym przypadku odpadają więc usługi psich hoteli oraz petsitterów. Jedyna miejscówka, gdzie mogę spokojnie zostawić  psa w razie potrzeby, to moi rodzice. Problem tylko w tym, że oni mieszkają prawie 400 km od Warszawy :(

Chory pies to również wyzwanie. Czort jest „marudnym pacjentem”, bywa trudniejszy  w obsłudze niż niejedno chore dziecko czy facet. Czasem nawet nie mam jak pójść do sklepu, żeby zrobić zakupy. Przy ostatniej reakcji poszczepiennej żywiłam się gotowanym ryżem, bo nic innego w domu nie było do jedzenia. Zresztą po kilku godzinach ścierania psich wymiotów przeszedł mi apetyt na wszystko :(

Mój pies jest członkiem mojej rodziny. Mam świadomość, że jest ode mnie zależny i może liczyć tylko na mnie. Codziennie robię wszystko, żeby go nie zawieść.

Paulina, 30+, menadżerka domu kultury w Łomiankach, przedsiębiorczyni z własną firmą. Razem z Sigmą mieszkają w okolicy Hali Mirowskiej.

Sigma1-horz

Dokładnie 5 zim temu nabyłam wymarzone lokum (poza tym, ze na 4 piętrze bez windy i bez balkonu…). Zamieszkałam sama i byłam w 7 niebie. Po około tygodniu czułam, że czegoś mi brakuje. U rodziny psy i koty. Oczywiście, jako odpowiedzialny młody dorosły nie zamierzałam brać żadnego żywego stworzenia (na martwe też niespecjalnie miałam ochotę z racji weganizmu), jednak „coś” zrobić musiałam. Zaproponowałam Fundacji Ast, że chętnie pomogę w pracy redakcyjnej. Po wizycie prezeski tej organizacji zostałam namówiona na bycie DT. Psica, jaką dostałam na ‘góra’ 2 miesiące jest u mnie już prawie 5 lat i z każdym dniem mości się (na kanapie, łóżku i w sercu) coraz bardziej. Od tego czasu moje życie zmieniło się całkowicie. Życie mojej rodziny i znajomych również. Pomimo wielu szkoleń, behawiorystów, bioenergoterapeutów oraz wróżenia z fusów amstafica Sigma nie akceptuje innych psów (chyba, że jako posiłek). Małych dzieci również.

Od 3 lat pracuję jako menadżer kulturalnego centrum w Łomiankach pod Warszawą. Mieszkam w samym centrum stolicy. Od paru miesięcy mam również swoją firmę i wiele zleceń. Czasem czuję się jak bogini Kali, która kilkoma rękami (rękoma?) próbuje ogarnąć rzeczywistość. Jednak pies, a wręcz suka, ustawia mi priorytety oraz harmonogram. Poranki są całkowicie dla niej – na ogół wychodzimy na półtora- lub dwugodzinny spacer, podczas którego Ona szaleje, a ja budzę się do życia. W tzw. międzyczasie załatwiamy sprawunki. Jednym z największych udogodnień jest mieszkanie przy Hali Mirowskiej. Sigma jest tam powszechnie znana i nie zdarza nam się wrócić bez prezentów od cioć i wujków. Po powrocie do domu obowiązkowo robię Jej śniadanie (z racji problemów jelitowych Sigma jada 3 razy dziennie), czasem sobie również. Po wykonaniu najniezbędniejszych czynności w stylu mycie się i odpowiedź na mejle, wychodzimy na spacer numer dwa. I tu również – zależnie od dnia – załatwiamy ważne sprawy. Na większość spacerów zakładam pas, do którego przypięta jest smycz – mam wtedy dwie ręce wolne, co pomaga w wielu sytuacjach. Przypominając sobie tylko ostatnie dwa tygodnie, podczas spacerów przedpołudniowych byłyśmy:

  1. oddać znalezioną (w Parku Saskim) kartę pracowniczą do Teatru Wielkiego
  2. na wegańskich gofrach (Jej smakowały bardziej…)
  3. w kasie Muzeum Karykatury (dalej z psem nie można wejść, ale pan ochroniarz i pani kasjerka psicą byli zachwyceni i specjalnie do niej wyszli ;)
  4. w wegańskiej knajpce Dolce&Vegan na Saskiej Kępie
  5. (będzie tendencyjnie) w wegańskim sklepie Evergreen na Żoliborzu
  6. na korepetycjach w domu uczennicy na Woli
  7. na cmentarzu dla zwierząt pod Warszawą

Po takich atrakcjach sucz jeszcze raz je i idzie (mam nadzieję) spać, a ja pędzę do pracy. Po pracy wracam dość późno i oczywiście wychodzimy znów – zależnie od poziomu rozespania i pogody – na 3 sekundy lub znów długie godziny.

Weekendy są trudniejsze, bo dużo więcej pracuję i w innych godzinach. Czasem udaje mi się poprosić niezastąpiona mą przyjaciółkę (jedyną osobę (poza mną) na świecie, która radzi sobie z moim psem) o ‘wysikanie’ Sigmy.

Nie jestem pustelnikiem, mam wielu znajomych. Jednak, kiedy mam gdzieś wyjść, najpierw zastanawiam się czy to oni nie mogliby przyjść do nas ;) Niestety często musiałam zrezygnować z wielu imprez, właśnie dlatego, że mam psa. Jednak – pomimo, że czasem mi szkoda, co jest oczywiste – jestem tak zakochana w suczy, w tym jak się zachowuje i jak patrzy i jak się „kunduluje” (czyli tarza po ziemi) – to mam poczucie (zabrzmi to bardzo górnolotnie), że mi to wszystko wynagradza. Na wypady i wakacje jeździmy po Polsce – byłyśmy nad morzem, w górach, na Mazurach oraz kilka razy we Wrocławiu. Tak sobie więc żyjemy w tandemie, głównie w wielkiej szczęśliwości, choć oczywiście codzienna logistyka jest wciąż i wciąż do ogarnięcia.

p.s. szukamy męża do pomocy ;)

Wojtek, 30+, z labradorem Jerrym mieszkają na Woli.

jerry-horz

Zdecydowałem się przedstawić swoją historie, jak mieszka się z psem prawie w pojedynkę. Mam 8-letniego labradora, pies był moim marzeniem od kilku lat, lecz najpierw kupiliśmy wyżła, który niestety żył tylko dwa lata, ponieważ ukąsił go zakażony kleszcz. Połknąłem jednak dzięki spacerom psiego bakcyla i już kilka miesięcy później pojawił się wspomniany labrador – Jerry.

Przywieźliśmy go najpierw na działkę, z resztą wyżeł też się na działce wychował. Jerry szybko nauczył się załatwiać w jedno miejsce. Zajmuję się nim głównie ja, z wyżłem było podobnie. Jestem „panem” od spacerów, wycieczek na Pole Mokotowskie, czy wizyt u weterynarza. Czasami przynoszę smakołyki z zakupów, pies śpi pod moim łóżkiem, a kiedy nie ma mnie w domu leży cały czas w moim pokoju. Mieszkam z mamą, ale jej opieka nad psem ogranicza się tylko do szykowania mu jedzenia, chociaż czasem ją w tym wyręczam. Gdy jeszcze żył mój tata, często zastępował mnie w wyprowadzaniu psa, jednak zmarł kilka lat temu, a ponieważ mama ma chore nogi nie może wychodzić z psem.

Oboje z mamą dziwimy się, że pies potrafi spać dopóki ja śpię i nawet jak leżę nieraz do 12:00 pies śpi pod łóżkiem i nawet nie piśnie. Oczywiście, jeśli popiskuje idziemy na spacer także w nocy, jednak nie mamy takiego standardu jak większość właścicieli, że pies budzi o 5 rano. Jak na razie nie ma też problemów ze zdrowiem, więc życie pod jednym dachem z psem mogę uważać za raczej bezproblemowe. Przyznam, że wyżeł był bardziej absorbujący głównie przez potrzebę biegania i często pół dnia spędzaliśmy w Parku Szymańskiego. Szybciej od labradora nauczył się też podstawowych komend typu „siad” a łapę sam podawał od małego, a wcale go tego nie uczyliśmy. Labrador jednak w bloku sprawdza się zdecydowanie lepiej, bo chociaż mamy kilka parków w okolicy to jednak nie zawsze można pójść, chociaż na półgodzinny spacer.

Przy wyżle byłby to problem, bo niewybiegany rozrabiałby w mieszkaniu. Z cech mojego psa, które sprawiają problem mogę wymienić klasyczne u chyba wszystkich labradorów zjadanie śmieci i resztek jedzenia na spacerze. Co gorsza nie daje sobie zabrać „zdobyczy” i albo zjada ją od razu albo przynosi do domu i trzeba czekać aż zje, dopiero wtedy daje sobie wytrzeć łapy. Wycieramy łapy po każdym spacerze, to jednak są bakterie, o higienie zapominać nie wolno.

Spacerujemy najczęściej 3 razy dziennie, najpierw rano krótki spacer do kiosku po gazetę, potem popołudniowa wizyta w pobliskim parku i wieczorny spacer na osiedle. Na Woli byliśmy już chyba wszędzie. Od czasu do czasu jeździmy też np. na Pole Mokotowskie czy do Parku Szymańskiego. Pies zna już hasła, np. Pole Mokotowskie. Jak to usłyszy biega, skacze i szczeka. Problematyczny jest trochę podczas wizyt gości u nas, ponieważ jak każdy labrador uwielbia ludzi, ale wtedy najczęściej jest kość i pies zajmuje się kością.

Do sprzątania po moim psie używam zwykłych foliowych torebek. Nie może mieć natomiast żadnych zabawek, bo od razu są poniszczone. Raczej nie jest dominujący, nie lubi jedynie molosów typu boksery czy amstafy. Bezproblemowy jest w komunikacji czy samochodzie.

[wysija_form id=”3″]

You Might Also Like...

6 komentarzy

  • Reply
    Ola
    3 marca 2015 at 14:23

    Super się czytało, mam nadzieję że będzie ciąg dalszy? :D

  • Reply
    http://www.tenisportal.com
    3 marca 2015 at 16:30

    Historie niby zwyczajne, ale pokazują jak cenna jest przyjaźń człowieka z psem. Dobry pomysł z umieszczeniem ich na blogu.

  • Reply
    Ola Btk
    3 marca 2015 at 20:02

    No to się zaczytałam. Uwielbiam tę serię i czekam na kolejną część.

    • Reply
      Zosia Kwiatkowska
      5 marca 2015 at 09:42

      Będzie, będzie! W następny poniedziałek. I koniec tej serii o wyłączności, ale będą inne :)

  • Reply
    Karolina
    26 marca 2015 at 18:48

    Tak czytam czytam. Wszyscy pisza jakie to wyzeczenia i czesto stres, a ja mam dwa psy, mieszkam sama – a nawet jak druga polowka wraca to psy sa na mojej glowie – i nigdy nie zastanawialam sie i nie stsowalam ze trzeba gdzies samemu pociagiem z psami jechac, autobusem albo taksowka. Te psy sa tak naturalna czescia mojego zycia ze nie mysle ‚boooze jak ja dam rade’, po prostu biore psy, plecak na plecy i jedziemy :)

Leave a Reply