Międzygatunkowa rodzina
Dogstory Życie z psem

Relacja na wyłączność vol. 3

To trzecia i już ostatnia część poświęcona Waszym opowieściom o opiece nad psem w pojedynkę.


Uwielbiam czytać te opowieści, bo potwierdzają to, co sama wiem od dawna – jak się chce to się da. Dla psa lepsze jest siedzenie 9 godzin samemu w domu i posiadanie 1 opiekuna niż 24 godziny/7 dni w schronie do usranej śmierci (TU świetny artykuł Mikropsów). Mówi się, że najważniejsze jest dopasowanie psiaka do naszego stylu życia. Ale patrząc po sobie i poznając po kolei Wasze historie to zachodzę w głowę, czy to nie my dopasowujemy się w większości do potrzeb psa ;) Dla tych, których ominęły wcześniejsze wydania – VOL. 1 oraz VOL.2.

Joanna, 30+, dyrektorka w międzynarodowej fundacji.

joanna_jozef

Joanna i Józef, czyli projekt: pies

Z zamiarem dopełnienia mojego życia psem nosiłam się od dawna, ale faktyczna decyzja zapadła, jak to zazwyczaj bywa, zupełnie niespodziewane. Jedno zdjęcie, kilka mejli, i już jechałam z podrostkiem Józefem z Warmii do Warszawy. Całą drogę dzielnie leżał na moich kolanach, wlepiając we mnie brązowe ślepia. Miłość od pierwszego wejrzenia.

Józef to mój pierwszy pies, do sprawy podeszłam więc niezwykle metodycznie. Projektowo. Cel: szczęśliwy pies żyjący ze szczęśliwą mną. Zasoby – niewielkie – zero doświadczenia, zero wiedzy, ale za to wspierająca rodzina (dzięki Tato!) i dość dobre warunki życiowe. Etap przygotowawczy: Lektura, filmy, znów lektura. W przerwach znajomi przekonujący mnie, że „po co ci to było, same kłopoty teraz”. Ale też tacy, którzy witają Józefa u mnie w domu i przynoszą zabawki i ekwipunek dla niego. Powoli tworzyłam strategię harmonijnego życia mocno zajętej kobiety w wielkim mieście i szalonego posokowca.

Jej główne zasady to:

  • wiedza, wiedza i raz jeszcze wiedza. Nie pokusiłam się o zaufanie mojej jakże zwodniczej intuicji, ale już kilka tygodni po przywiezieniu Józefa trafiliśmy do psiego przedszkola, a później do szkoły dla psów. Odcięłam się od obiegowych opinii wszystkich wokół „jak najlepiej wychować psa” i skupiłam się na nauczeniu się jego świata – jego potrzeb, sposobu myślenia, reakcji. Uzbrojona w zalążek tej wiedzy, zaczęłam pozytywne szkolenie Józefa. Tak, zajęło nam to kilka miesięcy i był to świetnie wykorzystany czas. Pierwsze skromne efekty: Józef chodzi na luźnej smyczy, przybiega na zawołanie, ładnie bawi się z zaprzyjaźnionymi psami. Jest psem miejskim – nie boi się samochodów, podróżuje komunikacją miejską, wjeżdża ruchomymi schodami w metrze, nie próbuje zjeść mojego ciastka gdy jesteśmy razem w kawiarni. Opieka behawiorysty/trenera w moim samodzielnym wychowywaniu Józefa była, i wciąż jest (bo nie oszukujmy się, Józef ideałem nie jest, wie o tym kilkakrotnie zjedzona kanapa) na wagę złota.
  • mój styl życia to styl mojego psa. I na odwrót. Dzięki opanowaniu psich lęków Józefa, a także moich jako jego opiekunki, udaje nam się w miarę bezboleśnie koegzystować w mieście. Józef towarzyszy mi, gdy idziemy w gości (po uprzednim sprawdzeniu czy aby na pewno jego obecność jest pożądana), do galerii, je ze mną obiady w barze Studio (pozdrawiamy!) i przyjmuje gości w mojej pracy (nie codziennie, ale jeśli chcę pracować dłużej niż 6-7 godzin, zabieram go ze sobą do biura). W zamian ja chodzę z nim na wielogodzinne spacery po Skaryszaku, poznaję go z nowymi psimi kolegami i koleżankami, pozwalam po psiemu utytłać się w błocie i szaleć w stawach. Coś za coś. Nie ukrywajmy, że ten wspólny czas powoduje, że nasza więź jest mocna, a ja nie czuję, aby pies mnie mocno ograniczał. Wręcz przeciwnie, gdyby nie Józef, pewnie nigdy nie postanowiłabym zacząć jeździć konno, i nigdy nie poznałabym tylu dzikich plaż nad Wisłą. I tylu świetnych, psiolubnych przyjaciół.
  • za mojego psa odpowiadam tylko ja. Paradoksalnie, samodzielne wychowywanie Józefa sprawia mi więcej przyjemności, niż dzielenie się z kimś psimi obowiązkami. Nie lubię kiedy ktoś zabiera mi wspólny czas z nim, próbuje modyfikować jego zachowania (w tym momencie dziękuję Michałowi za nauczenie mojego psa skakania na powitanie…), nie lubię dobrych rad spotkanych psich ciotek i wujków. Nie oczekuję, że ktoś mnie wyręczy w jakimkolwiek aspekcie opieki nad Józkiem, więc po prostu znajduję na nie miejsce i czas w moim życiu. Kiedy rzeczywistość skrzeczy, i muszę poprosić kogoś o pomoc, najczęściej z powodu wyjazdu, uruchamiam plan B w postaci moich rodziców. Całe szczęście są niedaleko. Dobrze mieć taki plan B.

Opisałam zasoby, cele i rezultaty projektu: pies. Ewaluacja? Dużo za wcześnie na nią. Na razie przekonałam się, że Warszawa potrafi być miastem przyjaznym psom i ich właścicielom (chociaż na każdym kroku widzę, ile jest jeszcze do zrobienia), że życie towarzyskie i zawodowe nie wyklucza psa – wręcz odwrotnie – pies je może uzupełniać, a ja nie wcale nie muszę spać do 9 rano.

Józefowa przygodo, trwaj!

Monika, 20+, kierowniczka produkcji reklam, mieszka z Miką na Ochocie.

mika

Mika pojawiła się w moim życiu 1,5 roku temu – kupiłam mieszkanie, byłam w stałym związku. Idealny moment na zaadptowanie psa. Mikę znalazłam na facebooku. Mała czarna kruszynka wyrzucona w worku  przy drodze. Idealna! Parę miesięcy później już byłam tylko ja i Mika. Przerażona. Moja praca jest bardzo wymagająca i nieprzewidywalna. Zdarza mi się pracować po 14 godzin dziennie, albo i więcej, 5 dni w tygodniu a czasem i w weekendy. Dlatego pies miał być „we dwoje“. A zostałam ja sama. I Ona. Zdana całkowicie na mnie. Ale prawda jest taka, że to ja żyję dzięki niej. To ona jest sensem mojego życia i dookoła niej kręci się moje życie. Wszystko jest i zawsze będzie jej podporządkowane. Obowiązki? To nie są obowiązki. Weszło mi to w nawyk i rutynę. Już nawet nie myślę o tym, że prosto z pracy muszę wrócić do niej, nie myślę o tym że muszę rano wstać i iść na spcer, na wieczorny spacer często wychodzę już w piżamie. To nie ma znaczenia. Tony czarnej sierści? Pogryzione piloty? Jakie to ma znaczenie? Przyjemności? Tak! Jest ich mnóstwo. 11 kg czarnej i czystej przyjemności!!

Czytałam ostatnio artykuł, że czarne psy się źle kojarzą, dlatego bardzo ciężko o ich adopcję. Hm…. nawet nie będę tego komentowała. Jakie to ma znaczenie czy jest czarna czy brązowa? Czy duża czy mała? Rasowa czy kundel? Żadnego. To ona codziennie wita mnie przytulając się do mojej nogi. To ona ładuje mi się na kolana jeszcze zanim siądę na kanapie. To ona jak idę spać siedzi w progu sypialni i czeka na zaproszenie, bo mimo że zapraszana jest codziennie, to bez zaproszenia nie wejdzie. Kiedy chcę sobie poprawić humor, albo odpocząć po pracy zabieram Mikę na długi spacer. Spuszczam ją ze smyczy i patrzę jak biega radośnie. I jaka jest szczęśliwa. I wtedy ja jestem szczęśliwa. I nic innego nie ma znaczenia.

Nie jest łatwo być singielką i mieć psa. Ale nie jest to awykonalne! Całe życie to wyzwanie! To było kolejnym wyzwaniem. Moje 2 przyjaciółki mają klucze do mojego mieszkania, jak trzeba podjadą wyprowadzić, do pracy mogę ją zabrać jak jest taka konieczność. A jak potrzebuje wyjechać – zawsze chętnie się znajdzie ktoś kto zajmie się moim Czarnym Potworem ;) wszystko można zorganizować!

Tak, przez nią są pewne rzeczy których nie zrobię i nie mogę zrobić. Ale jakie to ma znaczenie, skoro robienie czegokolwiek bez Niej nie ma sensu. Więc jeżeli Ona nie może być częścią wyjazdu ze znajomymi, wyjścia na kawę czy ciastko – to nie jadę na wycieczkę i nie idę na kawę. Wszystko sprowadza się do tego co mogę zrobić „dzięki niej“. I czego się dzięki Niej nauczyłam i co ona wniosła w moje życie – a o tym mogłabym mówić non stop!

Czy moje życie towarzyskie ucierpiało przez to że mam psa? Wielu ludzi zapewne powiedziałoby że tak. Ja powiem, że nie! Po pierwsze stosunek ludzi do psów bardzo dużo o nich mówi, a po drugie to Mika jest moim życiem towarzyskim! Relacja z nią jest dla mnie cenniejsza niż z niektórymi ludźmi. Moi znajomi się śmieją, że żeby u mnie zapunktować trzeba się zaprzyjaźnić z moim psem. Oczywiście, że tak! :)

Kiedyś myślałam, że posiadanie psa łączy się z trudami i zmianą organizacji życia. Teraz już wiem, że to nie są trudy, to czysta przyjemność. A ja z niczego dla niej nie rezygnuje. To jest mój dobrowolny wybór. I ja wybieram ją. Jest moim największym Skarbem i radością!

Kasia, jak mówi o sobie – „jestem słoikiem z Białegostoku w Warszawie i jestem właścicielką Dantusia – adoptowanego mixa pitbulla. Mieszka jeszcze z nami Seweryn, mój partner”. Ich przygody możecie śledzić na fanpage’u Dante – mały urwis i przyjaciele.

IMG_20141220_111506-1

Dantego adoptowaliśmy na koniec lipca 2013 kiedy to ja jeszcze studiowałam i pracowałam, a Seweryn w ramach swojego życia zawodowego od września-października zaczął spędzać średnio 3 tygodnie w delegacji przedzielone tygodniem w domu.

Nadal nie wiem jak udało mi się pogodzić w tym czasie wszystko – pracę, dzienne studia, wychowanie psa (szkolenie itd), opieka nad domem – szczególnie, że nigdy do tych super zorganizowanych nie należałam. :)

Mój dzień wyglądał tak, że rano wstawałam ok 5:30 (w sumie nadal tak wstaję), żeby wyprowadzić Dantka (kilkumiesięcznego szczeniaka mix pitbulla czyli biegającą po ścianach kulę energii). Nieraz szłam po prostu jeszcze w piżamie. :)

W ciągu dnia, w przerwie na dotarcie z uczelni do pracy czy na odwrót wpadałam jeszcze do domu żeby wyprowadzić Dantiego, nakarmić go i chwilę się z nim pobawić, często też posprzątać wyrządzone szkody ;) (przez chwilę zrezygnowaliśmy z klatki kennelowej, ale bardzo szybko zrozumieliśmy błąd po tym jak 4 miesięczny maluch ściągnął firanki razem z karniszami i zaczął zajadać się sofą oraz lał na łóżka).

Wieczorem szłam jeszcze trenować komendy, ogarniałam dom, uczyłam się i miałam chwilę na obejrzenie ulubionego programu w tv informacyjnej o 22. :) Sama byłam zdziwiona jak mi to wszystko wychodziło przez prawie cały rok akademicki i jeszcze napisałam i obroniłam pracę mgr w lipcowym terminie i zdążyłam zmienić pracę!

Zapomniałam też wspomnieć, że od lutego do maja 2014 była u nas jeszcze 3 łapna sunia na dom tymczasowy. Oczywiście gdy Seweryn był na miejscu byłam mniej zdyscyplinowana i mimo relatywnie większej ilości czasu „dla siebie” brakowało mi go bardziej. :) Jednak zdecydowanie wolę zajmować się psiakiem we dwójkę, mamy wypracowany harmonogram opieki nad psiakiem, wspólnie dzielimy radość z bycia właścicielami oraz najważniejsze – nasz pies ma w sobie niewyczerpane źródła miłości do nas i naszej rodziny i to jest piękne, że potrafi tak kochać.

Agata, 20+, mieszka na Żoliborzu wraz z bokserem Bazylem.

bazyl-horz

Decyzja o posiadaniu psa dojrzewała we mnie 6 lat. Pewnego dnia coś we mnie pękło, więc zadzwoniłam do Fundacji Boksery w Potrzebie i okazało się, że akurat szukają Domu Tymczasowego. Po tygodniu od pierwszego telefonu w moim domu pojawił się tymczasowicz – Bazyl. Od tego momentu nic nie było takie, jak wcześniej. Zmienił się mój plan dnia i priorytety. Zmieniły się na lepsze

Opiekowanie się psem, bycie właścicielem, szczególnie w pojedynkę, jest trudniejsze niż mi się wydawało. Uwielbiam swojego psa od początku suchego, plaskatego nosa aż po koniuszek króciutkiego ogona. Nic nie cieszy bardziej, niż kręcący ósemki kuperek (posiadacze boksera wiedzą jak to wygląda), kiedy wracasz do domu po ciężkim dniu w biurze. Ślina na ścianach, fafle na poduszce i to błagające o uwagę spojrzenie potrafi sprawić, że mam wrażenie, że poświęcam swojemu psu za mało czasu i uwagi.

W tygodniu pracuję na pełny etat, więc staram się, aby poranny spacer trwał 30-40 minut. Wiem, że dzięki temu mój pies prześpi cały dzień na kanapie. Do domu wracam po 9 godzinach. Zakładam dresy i mam murowany trening, ponieważ godzina lub więcej to nasza dzienna rutyna. Spacer w szybkim tempie, bieganie za piłką, ćwiczenie komend itp. sprawiają, że po powrocie do domu moje 36 kg Szczęścia kładzie się i chrapie :)

Weekend, to moment, w którym pies jest wszędzie tam, gdzie może się pojawić. Latem nad Wisłą grilluje ze mną i moimi przyjaciółmi, wakacje spędzamy nad jeziorem, święta u Rodziców na pomorzu, a ferie są tylko dla niego. Jest najszczęśliwszy wtedy, kiedy jest cały dzień poza domem, a wieczorem nawet dźwigiem ruszyć go nie można.

Jak zmieniło się moje życie? Jestem odpowiedzialna za siebie i za tego szczeniaka w wielkim ciele. Daje mi to wiele radości! Poznaję właściwych ludzi, odkrywam miejsca nieodkryte, doświadczam tego, czego bez niego nie miałabym możliwości doświadczyć. Trafił do mnie wyjątkowy pies. Dopasował się w 110% do mojego stylu życia. Podróżuje komunikacją miejską i pociągiem, pozwala się zabrać na drugi koniec miasta tylko po to, żebym mogła wypić kawę z koleżanką i upomina się o miejsce na kanapie, kiedy pracuję w domu.

Za nic w świecie nie cofnęłabym czasu, a gdybym to zrobiła, to Bazyl pojawiłby się w moim domu dokładnie tego samego dnia!  Gluty na ubraniach, sierść wszędzie gdzie to tylko możliwe i ‚niewypite’ drinki po pracy są warte tego, jak wygląda Nasze Wspólne Życie!

Agata, 20+: „pracuję w przychodni jako recepcjonistka, do tego staram się odwiedzić jak największą ilość lokali psiolubnych we Wrocławiu”.

marsel

I’m going on an adventure – tak może pomyśleć każda osoba, która zamierza podjąć się wyzwania jakim jest opieka nad psem, zwłaszcza, jeśli zamierza się to robić samemu.

Jak to jest? Hmmm… jest to przygoda, cała masa niezapomnianych przeżyć, ogromna odpowiedzialność, a przede wszystkim wielka miłość między psem, a właścicielem.

W zasadzie powinnam zacząć historię od początku, czyli… od wieku, kiedy jeszcze byłam berbeciem i w zasadzie nie używałam słów. Pierwsze co miało sens i wydobyło się z moich ust brzmiało: HAU HAU! Żadne mama, tata… HAU HAU! W wieku 10 lat w końcu doprosiłam się psiaka, którym opiekowałam się prawie samodzielnie. Niestety po trzech latach tragicznie odszedł. Po trzech tygodniach, kolejny kundelski znalazł dach nad głową, a po kilku miesiącach sprezentowałam psa w typie ON’ka moim rodzicom. Większość obowiązków na mnie spadała, bo to ja sprowadziłam psy do domu. Psiaki prowadzą teraz stateczne staruszkowe życie z rodzicami, a ja… spełniłam swoje marzenie i kupiłam od ponad 10 lat wyczekiwanego rhodesiana! Jest ze mną już dwa lata, staram się go zabierać ze sobą wszędzie gdzie mogę. Byliśmy razem na Mazurach – żeglowaliśmy przez dwa tygodnie. Rok później urządziliśmy sobie pieszą wędrówkę po Mazurach, w 8 dni około 100km. Niesamowite wspomnienia!

Początki mieliśmy bardzo trudne. Zjedzona kanapa, obiektyw od aparatu, blaty szafek i cała masa innych rzeczy, ale.. Gdy patrzył na mnie tymi swoimi oczami… nie umiałam się na niego gniewać!

Wychowanie hiperaktywnego szczeniaka nie było proste, zwłaszcza, że poza domem jestem 9h dziennie. Przyznam się, ale nie mówcie nikomu, że nadal mamy małe problemy z podstawami typu chodzenie na luźnej smyczy lub… cóż… Marsel kocha wszystkie psy, nawet te, które jego już niekoniecznie darzą tym samym uczuciem… i okazuje to bardzo na spacerach, a swoją siłę ma… Ileż razy oglądałam jego brzuch od spodu, będąc z nim na spacerze! Nie ma nikogo, kto poratuje, ale co tam! Grunt to kochać, być kochanym.

Są takie chwile, że wydaje mi się, że młody jest za bardzo przywiązany do mnie, że przydałby się drugi człowiek do kochania. Zdarza się, iż chcąc tylko pójść do łazienki, od razu biegnie za mną i staje pod drzwiami popiskując… Gdy jadę do rodziców i wyjdę z domu, a on zostanie z nimi, siada przy drzwiach i piszczy godzinę albo i dłużej, bo mnie nie ma.

Singiel mający psa nie ma łatwego życia, ale jest wiele radości i miłości. Człowiek uczy się przy tym odpowiedzialności! Piwo po pracy ze znajomymi? Nie, muszę wrócić do domu. Może zostaniesz dłużej? Niestety, muszę wrócić do domu do psa. Jeśli ktoś nie jest psią osobą, ciężko jej to zrozumieć, na szczęście znam wielu psiarzy! A tak naprawdę pies nie musi ograniczać! Jest wiele lokali, do których można go zabrać, wiele miejsc, które zgadzają się na to, aby zjawił się tam również pies.

Gdybym miała podjąć decyzję o zakupie psa ponownie… zrobiłabym to jeszcze raz! Ba! Mało tego, przymierzam się do zakupu drugiego rudego szczęścia.

Anna, 20+, singielka pracująca w korporacji w Warszawie, zmagająca się z pracą magisterską, posiadająca suczkę Łanię.

lania-horyz

Moja psia przygoda rozpoczęła się z rokiem 2014, gdzie wraz z moim ówczesnym mężczyzną, miłością życia, po grób (blablabla…) podjęliśmy decyzję, że czas i pora powiększyć rodzinę. Długo grzebałam w Internetach by znaleźć TEGO JEDYNEGO, miliony łez wylanych przy czytaniu psich historii, aż w końcu mym oczom ukazała się ONA. Poczułam drżenie serca, była chemia, czyli wszystko się zgadza („jedźmy po nią, już, teraz, natychmiast!”). Początki były szalenie ciężkie, Łania miała ogromny lęk separacyjny, roznosiła w pył dosłownie wszystko co miała pod „łapą”. Wracałam do mieszkania z duszą na ramieniu, by zaraz po otwarciu drzwi poryczeć się nad czymś co kiedyś było butami i co wydawało się, że dobrze schowałam. Potrafiła zaskakiwać – raz nakryłam ją z odkręconym słoikiem masła orzechowego w jej posłaniu.

W każdym razie w międzyczasie rozeszły się nasze drogi z „tatą” Łani (tak, tak byliśmy tatą i mamą) i zostałyśmy same na placu boju. Moje życie się kompletnie przewartościowało i przeorganizowało. Człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy jak sprytnie może się zorganizować, żeby wszystko miało ręce i nogi. Przekonałam się do zakupów online (pies mnie przecież bardziej potrzebuje…), jak tylko wiedziałam, że będę musiała zostać dłużej w pracy wstawałam odpowiednio wcześniej i odprowadzałam ją do przedszkola, czyli moich znajomych albo ktoś odbierał ją z mojego mieszkania (wszystkim zaangażowanym w wychowanie Łani z tego miejsca bardzo serdecznie DZIĘKUJĘ). Posiadanie psa, szczególnie tak żywiołowego jak Łania zmusza mnie do minimum godzinnych, aktywnych spacerów po lesie przed wyjściem do pracy, odpada przysypianie na spacerach bo piłka sama się nie rzuca niestety…. W związku z tym, że Łania jest duszą towarzystwa – dzięki niej poznałam mnóstwo świetnych ludzi (głównie przepraszając, że Łania zagląda im do kieszeni kurtek w poszukiwaniu dobroci).

Moim zdaniem wystarczy odrobina dobrej woli i chęci, by wprowadzić psa w wielkomiejskie życie – my letnie wieczory spędzamy nad Wisłą, mamy swoje psiolubne sklepy osiedlowe, przemieszczamy się komunikacją miejską albo pociągiem w dalsze podróże. Generalnie Łania siada, leży, przybija piątki, robi obroty i jest moją ogromną dumą!

Tak to prawda, że pies zupełnie wszystko zmienia (i wyszczupla portfel na rzecz co raz to dziwniejszych piłek i żarełko prima sort), odpada szalone życie włóczykija, ale to co otrzymuje się w zamian jest zupełnie nieporównywalne i nie wyobrażam sobie już bez niej i  bez jej śmierdzącego pyska poranków.

Kasia, jak pisze sama o sobie: „jestem korposzczurkiem, mam już 29 lat i 9 miesięcy”. :)

migotka

Migunia, Panna Migotka nazywana też parówczanem, żuczysławem, kupożercą, śmieciarką i kosiarką zmieniła moje życie na dobre. Stała się Łaciatą REWOLUCJĄ.

Całe życie chciałam mieć psa i nie było mi to dane – tato się nie zgadzał. Gdy w końcu przekonałam swojego partnera do tego szalonego pomysłu zobaczyłam JĄ. Wypatrzyłam ją na stronach schroniska i wiedziałam że to będzie mój psiak. Szybka decyzja i psiak w domu. Początkowo opieka szła na dwoje, potem Pańcio wyjechał za chlebem.

Codzienne spotkania z grupą psów, wycieczki, długie spacery. Wszystko było cudownie. Dzięki niej poznałam sąsiadów co w Warszawie wydawało mi się niemożliwe, na pewno do tej pory niespotykane. A potem coś pękło. Moja sunia przestała merdać ogonkiem, na wszystkie spotkane psiaki zaczęła szczekać. Treningi, behawioryści, szkolenia, smakołyki. Wieczne kombinowanie czego jeszcze nie próbowałam, jakiej metody, a może to moja wina, a może nie jestem konsekwentna, a może za mocno naciągam smycz, a może to, a może tamto.

Wszystko to było na mojej głowie – każdy spacer to kilka sukcesów i kilka porażek. W pewnym momencie złapałam się na tym, że nie jest to już taka radocha dla nas jak kiedyś. Ale się nie poddaję. Gdy to samo się przechodzi we dwoje to ma się wentyl. Czasem ktoś wyręczy na spacerze, gdy już nerwowo nie wytrzymujesz, a tak nie. Idziesz i siła sugestii to Twoja moc, jedyna. Nie ma kogoś obok kto powie „Robisz to dobrze, to nie Twoja wina” a częściej się słyszy „Ale ma Pani agresywnego psa”, bo oszczekał kolejnego większego od siebie.

Na szczęście problemy ma tylko z innymi psami  a nie z ludźmi. Udaje nam się czasem znaleźć miejsca spacerowe, żeby w  końcu porzucać patyczkiem, pobiegać. Przez to że kontakty z innymi psami stały się raczej okazjonalne (jeszcze niektóre psiaki mają ten przywilej żeby moją obwąchać i jaśnie pani pozwala im się bawić ze sobą :) ) to wybieganie psa jest moją rolą. Spacery zajmują dużo czasu i trenujemy, trenujemy, trenujemy. No cóż dawno pogodziłam się z faktem , że zepsułam psa. Dalej walczymy, każdy kolejny spacer jest szansą, że kiedyś uda się szczekanie zamienić na obojętność.

Gdy zrozumiałam, że czytać w myślach mojego psa nie umiem, przypomniałam sobie , że ona mnie kocha i ja ją też. Jest na czym budować. Nie czuje, że przez nią tracę wolność, raczej zrozumiałam ile zyskałam. Wyrozumiałości, cierpliwości. Ta moja mała rewolucja dała mi konstytucję wartości. A każda pozytywna sytuacja jest na wagę złota, nawet gdy mój psiak przypadkiem dokopie się do uranu :) Jej merdanie ogonkiem gdy wracam po 2 minutach, bo zapomniałam kluczy, wszystko mi wynagradza. Każdy dzień zorganizowany jest pod tego wariata, planowanie o której muszę być najpóźniej w domu aby psiak się nie męczył. Podróże raczej pociągiem, sprawdzanie najbliższego gabinetu weterynaryjnego, czy kupa jest ok. Tematy które krążą po mojej głowie są kompletnie odmienne od tych z czasów bezpsowych, ale nie zamieniłabym ich na cokolwiek innego. Mojego psiaka też nie zamienię na lepszy model bo ten model kocham i kochać będę i nigdy nie przestanę.

Małgosia, wiek 40+, agent ubezpieczeniowy, Krakers – 3 lata oraz kolejne ratowane psiaki.

Krakers1-horz

Mam na imię Małgosia i 20.02.2013 wzięłam ze schroniska mieszańca sznaucera miniatury – Krakersa.

Na początku wzięłam go na tymczas, bo nie wiedziałam czy dam radę, czy tzw. codzienność mnie nie przerośnie. Dawno temu miałam jamnika, ale tak naprawdę opiekowała się nim mama. Ja tylko go wyprowadzałam na spacery.

Po tygodniu już wiedziałam, ze Krakers zostaje. Podeszłam do tematu poważnie, zapisałam Krakersa do szkoły :) Choć prawdę mówiąc razem poszliśmy do szkoły, bo to było też uporządkowanie mnie pod względem wiedzy i zachowań wobec psa.

Minęło kilka tygodni i na stronie Sznaucerów zobaczyłam zdjęcie psa – wielkiego mopa, który przebywał w schronie w Pabianicach. Intuicyjnie czułam, ze chcę mu pomóc. Po kilku tygodniach zastanawiania się, rozważania za i przeciw, w dn. 18.04.2013 wzięłam na tymczas Kapsla i zostałam Domem Tymczasowym :-) Kapsel po miesiącu został szczęśliwie wyadoptowany i mieszka z sympatyczną panią Martą we Wrocławiu. I to zdarzenie ośmieliło mnie na tyle, że zaryzykowałam i wzięłam kolejnego tymczasa. I tak to stałam się domem tymczasowym na poważnie – ratuję sznaucery i sznauceropodobne. Co to oznacza? Że przez 90% czasu mam dwa psy!

Aktualnie (luty 2015) mam w domu 15. tymczaskę Pixie – 14 poprzedników mieszka już w swoich nowych domkach. Przestrzegam zasady, że jednocześnie jest tylko jeden tymczas. Dlaczego się zdecydowałam? Po co mi taki kłopot? Hmmm… Wychodzę z założenia że z dwoma psami jest tyle samo zamieszania co z jednym (karmienie, wyprowadzanie, itd), a przy okazji można pomóc i uratować kolejne psie życie, dlatego robię to co robię. Jednocześnie dwa psy to jest maksimum jakie jestem w stanie ogarnąć, a więcej już nie.

Jak mi z tym jest – brzmiało pytanie. Ano różnie. Jestem singielką i na co dzień nie mam wsparcia drugiej osoby przy wyprowadzaniu psiaków czy wizytach u Weta. Jeśli jest podbramkowa sytuacja (szkolenie, ważny klient) to mogę poprosić siostrę o pomoc (wyprowadzi w ciągu dnia, postawi miskę) i to jest wielkie wsparcie. Ostatnio pomógł mi bardzo sympatyczny sąsiad.

Czasami czuję się po prostu zmęczona. Każdego tymczasa trzeba zsocjalizować, nauczyć podstawowych komend, na początek oczywiście wizyta u Weta oraz groomera, czyli za każdym razem zaczynam od nowa. Wprowadzam nowego psa do domu zachowując wszelkie zasady i ostrożność, a po adopcji czuwam przez pierwszy miesiąc jak mama-kwoka nad adaptacją psiaka w nowym domu. Po co to robię? Bo mimo trudów jakie są na co dzień, bycie domem tymczasowym daje mi ogromną satysfakcję i wiele radości. Widzę jak psiaki powoli osiadają w nowych warunkach, jak się rozluźniają, zaczynają czuć bezpiecznie. Widzę jak każdy kolejny tymczas uczy się podstawowych komend i chce zasłużyć na smakołyka, jak z dnia na dzień staje się odważniejszy i pogodnieje. A potem przychodzi SMS od nowego opiekuna, który pisze, że nie wyobraża sobie już życia bez tego psiaka. I to jest ta nagroda za trudy. Bycie na co dzień domem tymczasowym być może nie zawsze jest przyjemne, ale daje ogromną satysfakcję!

Dla swojego BHP staram się mieć kilka dni przerwy pomiędzy jednym tymczasem a drugim i wtedy zapewniam czas tylko Krakersowi. Czasami mam wyrzuty sumienia, ze mogłabym coś więcej dla niego zrobić. Czasami zastanawiam się jak on się czuję mając co chwilę nowego kolegę/koleżankę w domu… I to jest też cena, którą płacę za to że zdecydowałam się być DT. Z drugiej strony mam super fajnego, pogodnego, otwartego psiaka, więc myślę, że mu krzywdy nie robię. Krakers za ciepły kąt, miskę, spacery i okazywaną mu życzliwość kocha mnie bezgranicznie i pomaga jak umie w rozruszaniu i socjalizacji schroniskowych bid. Bez niego bycie DT byłoby niemożliwe.

Na potrzeby tego tekstu zrobiłam rachunek sumienia i wychodzi mi na to, że wzięcie Krakersa to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. A bycie DT, choć nie zawsze jest proste daje wiele radości i satysfakcji, dlatego będę to robiła dalej :-)


Dziękuję wszystkim Wam, którzy opisaliście codziennie zmagania z psią przygodą. Pokazaliście nam, że jeśli tylko się chce to można ułożyć sobie życie z psem w pojedynkę. I to w mieście. W bloku! Kto to słyszał :)

www.reactiongifs.com

You Might Also Like...

10 komentarzy

  • Reply
    Edyta Beszczyńska
    16 marca 2015 at 20:26

    Piękne, wzruszające teksty! A tekst Moniki czytałam juz z gilem zwisającym prawie do pasa i z rozmazanym tuszem (przepraszam za dosłowność :-) ) bo to dokładnie moja historia i moje emocje związane z psem. Tylko imiona inne, ale reszta się zgadza. Pozdrawiam wszystkich szczęściarzy, którzy mogaąsie pochwalić psią miłością :-)

    • Reply
      Zosia Kwiatkowska
      16 marca 2015 at 22:09

      Mi też się oczy zaszkliły przy historii Miki, także rozumiem doskonale :)
      A hasło „going on an adventure” Agaty totalnie oddaje moje spojrzenie na życie z psem – przygodą może stać się każdy spacer, każdy dzień, każdy krok – to jest niesłychane :)

    • Reply
      Monika
      16 marca 2015 at 23:52

      dziekujemy ;) m&m :)

  • Reply
    Agata
    16 marca 2015 at 21:36

    zalapalismy się! bardzo milo znaleźć sie wsrod tylu wspanialych psiarzy ;) choc zdjecia naszego zabraklo, bo trochę zamieszania było z wiadomosciami które wysyłam ;)

    • Reply
      Zosia Kwiatkowska
      16 marca 2015 at 22:03

      jak to zabrakło?! o nie, to chyba z przemęczenia. przepraszam, już ładuję! to zdjęcie jest ekstra :)

      • Reply
        Zosia Kwiatkowska
        16 marca 2015 at 22:05

        okej, już jest. dzięki, że zwróciłaś uwagę i mogłam szybko wrzucić. i sorreczka :)

        • Reply
          Agata
          16 marca 2015 at 22:31

          Nie ma najmniejszego problemu :) Zdarza się najlepszym :)

  • Reply
    Monika
    16 marca 2015 at 23:52

    aaaa! bardzo dziekujemy! czujemy sie z Mika wyroznione!!! ;)

  • Reply
    Ola Btk
    21 marca 2015 at 23:48

    Super seria! Przeczytałam każdą część i uważam, że taki pomysł był strzałem w 10. Każdy z nas, czy to singiel, czy para wyrusza w podróż decydując się na psiaka. Życie często weryfikuje wiele spraw, a my stajemy przed kolejnymi wyzwaniami, ale co by się nie działo, nasze 4 łapy zawsze są z nami i to jest w tym wszystkim najważniejsze :)

  • Reply
    Mar
    26 kwietnia 2015 at 22:24

    A ja właśnie za kilka dni biorę swojego pierwszego „samodzielnego” psiaka do domu… I choć mam mnóstwo wątpliwości, to jednak liczę na to, że ostatecznie plus w postaci czekającej szczęśliwej mordki i merdającego bezinteresownie ogona przeważy nad trudnościami wynikającymi z codzienności. A historie tutaj tylko potwierdzają to, co myślę biorąc psa- żaden chyba człowiek nie jest tak szczery i oddany jak pies- partnerzy są i ich nie ma, a cztery łapy nie oszukają i za miłość odwdzięczają się wielkim sercem :)

Leave a Reply