Międzygatunkowa rodzina
Dog lifestyle Dogstory

Relacja na wyłączność

Jak to jest zajmować się psem w pojedynkę? Psze Państwa, oto Wasze świeżutkie mikronarracje na temat psio-ludzkich relacji na wyłączność.


Jestem antropolożką kulturową, uwielbiam opowieści ludzi na temat ich życia. Ze styczniowej ankiety przeprowadzonej na blogu wynika, że chcielibyście dowiedzieć się więcej o życiu z dwoma psami. W związku z tym niedawno ukazał się pierwszy wpis z cyklu Mikronarracje pt. Mam dwa psy i…? Jak to jest mieć dwa psy pod opieką?, w którym 5 kobiet opowiedziało o swoim doświadczeniu. Artykuł ten cieszy się ogromnym powodzeniem i wzbudza duże zainteresowanie. O wiele większe niż myślałam! Szalenie się cieszę, że Wy też lubicie poczytać o innych i opowiedzieć coś nie coś o sobie :)

Kilka dni temu ogłosiłam na fanpage’u, że szukam osób, które samodzielnie zajmują się psem i chciałyby podzielić się opowieścią o sobie i swoich doświadczeniach. Dostałam od Was tyle zgłoszeń, że materiał musiałam podzielić na kilka części – Wasze opowieści będą ukazywać się cyklicznie co poniedziałek według kolejności zgłoszenia.

Kilka spisanych historii dotarło do mnie na długo przed ustalonym deadlinem i to one stworzyły dzisiejszy wpis. Poznajcie Patrycję, Idę, Małgosię, Karolinę, Martę, Mariannę i Kalinę wraz z ich towarzysz(k)ami: Voltą, Tosią, Rudim, Nutellą, Zoyką, Bartusiem i Dumą.

Patrycja, 20+, studentka i fizjoterapeutka. Volta, lat 5-6, pani domu i twórca psich dywanów. Razem mieszkają na gdańskim Chełmie.

volta

Voltę adoptowałam ze schroniska, kiedy jeszcze mieszkałam z rodzicami. Piękne życie bez wyrzeczeń. Chciałam iść ze znajomymi na miasto, wychodziłam. Piwo w pubie? Wyjazd na weekend? Zawsze i wszędzie! Oczywiście gdzie miałam możliwość psicę zabierałam, ale czasem człowiek wolał iść na łatwiznę. Od 2011 roku mieszkamy razem w Gdańsku,  w wynajmowanym pokoju.  Studia zaoczne, praca w tygodniu i pies w domu pełnym obcych ludzi. Mieszanka wybuchowa! Podczas zjazdów wariowałam, bo nie było mnie w mieszkaniu cały dzień. Głupio było człowiekowi, ale prosiłam wspólokatorów o popołudniowy spacer z Voltą. Na szczęście moja sunia, jak na damę przystało, ma dar przyciągania do siebie ludzi. Z tym więc problemów większych nie było. Aczkolwiek na początku kwestie spacerowe był niemałym wyzwaniem.

Na samym początku, każdą wolną chwilę spędzałyśmy w domu. „ Bo ona na pewno tak za mną tęskni”, „chce pobyć spokojnie w domu” etc. Czasem w wolny weekend wyjazd nad jeziorko do znajomych… I powolna śmierć życia towarzyskiego. W końcu znajoma z roku potrząsnęła mną porządnie: „Czemu nie przyjdziesz do nas z Voltą? Przecież ona jest taka kochana! A my uwielbiamy psy!”.

I co? I warto było! Aktualnie, Volta jeździ ze mną do pracy, zabieram ją na miasto – mamy swój trójmiejski spis miejsc psiolubnych. Do znajomych wychodzimy razem (mamy zaprzyjaźnione domy gdzie Kudłata ma już swoją miseczkę). Volta i ja stałyśmy się miejskimi spacerowiczkami, zwiedzamy różne miejsca, chodzimy do nowych kawiarni i restauracji.

Jak żyje się samemu z psem? Na pewno łatwiej, kiedy podchodzi się do tego z uśmiechem na ustach. Każdy dzień to wyzwanie, a my musimy być kreatywne i korzystać z niego pełnymi garściami. Bo okazuje się, że pomimo życia w ludzko-psim duecie, poruszania się komunikacją miejską, stworzyła się nam gdańska Voltolubna rodzina, która zawsze chętnie mnie i moją sunie przygarnie na „kawę” pod swój dach : ).

Ida, 30 z małym plusem.  Na co dzień szkoli ludzi. Mieszka na Służewiu z suczką, która umie wejść jej na głowę.

IdaiTosia

Tosia jest moim drugim psiakiem, odkąd mieszkam w Warszawie. Zapierałam się jak mogłam, ponieważ sama od lat pomagam bezdomnym psom – że na własnego tutaj nie mam czasu. Ale… trafił się Roman – stary, ślepy pudel ze schroniska, w którym działałam. Czemu się trafił? Ano przypadkiem. Przyjechał do mnie na 2 dni, na przetrzymanie, bo w hoteliku nie było miejsca. Przez weekend, kiedy olewał mnie totalnie, nie jadł i wył, a ja musiałam przynosić go ze spaceru (bo non stop szukał kogoś, kto wyrzucił go w tym worku w lesie) – zakochałam się w nim po uszy i w niedługim czasie został u mnie na stałe. Nie wychowywałam wtedy psa w pojedynkę, ale po jakimś czasie się to zmieniło (cóż, życie). Romana kochali wszyscy moi znajomi, mimo iż był starą i ślepą pierdołą a ostatni rok spędził w pampersie, bo przeżył wylew, ale nie obyło się bez powikłań. Generalnie…miał pożyć kilka miesięcy (wiecie, taka adopcja na dożycie, żeby nie zdychał sam w klatce – był odseparowany, bo prawie ślepy), a spędził ze mną 3,5 roku. Romuś odszedł 2 lata temu, szacowany był na ok. 18 lat.

Następnego dnia, cała zaryczana i w spazmach, zadzwoniłam do koleżanki wolontariuszki z pytaniem czy ma coś: niedużego, dorosłego i najlepiej terierowatego, bo ja bez psa nie funkcjonuję. I popołudniem pojawiła się ona – Tosia. Mała, nieśmiała, prosto po sterylce, ściągnieta dnia poprzedniego z płońskiej ulicy. Nieśmiała i cicha napisałam? Heh, po 3 dniach okazało się, że mam małego potwora tasmańskiego;)

Antonina zwana Toshinką, Fufcią albo Wredną Rurą/Zołzą okazała się być, jak to terier, psem bardzo aktywnym, wesołym i sprzedającym się za jedno psie ciastko ( albo kurczaka albo… cokolwiek!). Mimo, iż połowę swojego życia spędzam w pracy – Tosia jest zawsze wysikana i w miarę wylatana.

Oczywiście, zdarzają się fuck upy- kiedyś np. spędziłam w pracy 14 godzin – wtedy liczę na pomocną dłoń moich przyjaciół albo… liczę się z kupą w pokoju (ale taka sytuacja jeszcze się nam nie zdarzyła!) ;)

Wakacje staram się spędzić z nią i dzięki termu, mogę śmiało powidzieć, że Tosia ma lepiej niż niejeden Kowalski. I tak, z ciekawostek:

• Była ze mną pod Augustowem na kajakach, rozpoczynając każdy kolejny dzień od kąpieli w Czarnej Hańczy,

• Chodziła ze mną po Pieninach i jadła słowackie frytki za granicą ;),

• Tłukła ze mną kilometry wybrzeżami i polowala na mewy nad polskim Bałtykiem,

• A w zeszłym roku kąpała się z Bałtyku… ale w Estonii, ganiając z łaciatym spanielem po przepięknęj plaży w Narva Joesuu – miasteczku uzdrowiskowym nad Zatoką Fińską i przy granicy z Rosją.

Tosia jest bardzo przyjaznym psiakiem, więc większość moich znajomych nie ma problemu z tym, zebym przy okazji wizyty u nich, wzięła ze sobą psa. To dla mnie bardzo ważne, obie czujemy się w pełni akceptowane;) Mamy też swoje sklepy, w których nie krzyczą na nas „Proszę wyjść z tym psem!” a nawet swoją ulubioną pocztę i SuperPharm, do której możemy śmiało wejść. Ponieważ nie mam auta (ale coraz poważniej o nim myślę) – wszędzie podróżujemy pociągiem/autobusem/tramwajem. Czasami spotykamy się z jakimiś dziwnymi uwagami, ale staramy się nie reagować na nie złością. Kiedyś nawet ludzie w tramwaju bronili mnie przed kąśliwymi uwagami pewnej pani, której nie podobało się, że trzymam psa bez kagańca (ok, rozumiem…jest nakaz…ale ona waży 7,5 kg i prędzej by zalizała z miłości niż ugryzła kogokolwiek!).

Próbujemy też różnych miejsc, wystawiając cierpliwość warszawiaków – i nie tylko – na próbę ;) Np. W Tłusty Czwartek wpuszczono nas bez problemu i do Wedla i do Batidy na Starówce – żeby spokojnie wypić kawę i podzielić się pod stołem pączkiem. Tosia występowała też w roli mokotowskiej galerianki;) Moje spostrzeżenia z wędrówek w Tosią są takie, że od razu wszyscy wokół (tzn. większość) zaczynają się uśmiechać, głaskać, chwalić i niuniać do mojego psa, czy mi się to podoba czy nie.

Czy zawsze jest tak kolorowo? No pewnie, że nie. Czasami mówię: „Ja nie mogę, bo mam psa…”. Nie mogę po pracy skoczyć na piwo, które zamieni się w 3 piwa i bibę do północy. Nie mogę spontanicznie powiedzieć, że kupuję dziś bilet w Polskim Busie i jadę do Berlina (bo Polski Bus nie zabiera psów…wrrr). Nie mogę też powiedzieć: „Alicjo, biorę dzień zwolnienia, bo mam gorączkę i źle się czuję. Poradzisz sobie, prawda?” i przewrócić się na drugi bok obłożona chusteczkami. Opatulam się i idę wysikać psa, mimo iż ledwo stoję na nogach. Nie mogę też zostać u znajomych, jak przedłuży się nam „rozmowa” i jest za późno, żeby wracać do domu. No cóż, taki lajf.

Spontaniczność w pojedynkę z psem jest… inna, ale mimo tego – nie wyobrażam sobie życia bez mojej Wrednej Zołzy ;)

Małgosia, 40+, prowadzi własną firmę, mieszka pod Warszawą z mężem, dwoma kotami i psem Rudim. Zapalona miłośniczka świeżego powietrza i spacerów po lasach i łąkach.

14052_864331656958701_4808594952463945923_n

Jakoś zawsze tak było, że chciałam i nie oczekiwałam, że ktoś pomoże czy będzie uczestniczył w tej opiece. W czasach kiedy syn był mały i mieszkał z nami w domu wyprowadzał psa po południu, ale to było 5 lat temu a i pies z dzieciństwa syna już odszedł za tęczowy most po 18 latach.

Wcześniejsze psy, czyli moje „panieńskie” były zawsze tylko moje, jeździły nawet na wszystkie wypady harcerskie latem i zimą. Obecny pies 8-miesięczny wyżełek węgierski też jest zdany tylko na mnie.

Wybrany świadomie i bez oczekiwania, że podzielimy się opieką nad nim z mężem. Mąż towarzyszył mi tylko raz, kiedy odbieraliśmy Rudiego po operacji i nie wiedziałam, czy nie trzeba go będzie nieść.

Nie ciężko mi i nie spodziewam się pomocy. Byłoby fajnie dzielić się przeżyciami ze spacerów, ze szkoleń, ale to mój świat, nie mojego męża. Więc nie cisnę.

Karolina 20+, pracuje w sieci. Obecnie mieszka nad morzem, pokój dzieli z Nutellą. Pisze bloga Niuchacz.com.

10014272_827023473992001_7662304321184455798_o

Jesteśmy razem od 8 lat. Jak tylko pojawiła się wizja zamieszkania razem, od razu postanowiliśmy wziąć wymarzonego, wyczekanego psa. Przez pierwsze dwa lata mieszkaliśmy razem – dzieląc się obowiązkami na dwoje. Na dwoje dzieliliśmy karmienie, spacery, ćwiczenia z psem. Jednak los płata  figle i zamiast być razem na Śląsku- jedno wylądowało nad polskim morzem- drugie w niemieckiej Kolonii. Jedno zabrało ze sobą psa – drugie ciągle tęskni. Tą osobą z psem jestem ja.

Po pierwsze wychowanie psa w pojedynkę to presja.

Presja niekoniecznie z drugiej strony, ale z mojej. Bo jak coś zepsuję to będzie tylko moja wina. A to zawsze wychodziło ‘lepiej’ drugiej stronie. Pies lepiej chodził na smyczy, był bardziej posłuszny, spokojny. Teraz jako dwie roztrzepane dziewczyny, staramy sobie radzić ze sobą na spokojnie, żeby każdy przyjazd Kolonii nie był niemiłym zaskoczeniem, że … popsułam psa. Bardzo dużą wagę przywiązuje teraz do posłuszeństwa ‘domowego’, do spokojnego chodzenia na smyczy, do „nie spaprania sprawy”. Jak pies zacznie zjadać coś na dworze, jak zacznie szczekać na śmieciarkę czy kopać doły – to będzie tylko moja wina. I to na mnie spoczywa obowiązek oduczenia tego.

Wychowanie psa w pojedynkę to także wykonywanie wszystkich obowiązków właściciela samemu.  Niegdyś obowiązki spacerowe (długie zawsze były moją ‘brochą’) dzielone na dwoje- teraz są na mojej głowie.  Dawanie śniadania, kolacji, wydzielanie smakołyków, przesypywanie 15 kg worka karmy do pojemnika też jest na mojej głowie. Ale też to ja odpowiadam za psa. Za to, żeby nie zgubił się w lesie (mimo, że pilnuje się idealnie), za to, żeby zawsze miał odpowiednią opiekę. Kiedyś spacery, nawet te najkrótsze wypadały po jednym na każdego- teraz spada to wszystko na mnie! Mimo, że mieszkamy na wsi i posiadamy spore podwórko, pies potrzebuje codziennego wyjścia do lasu i nikt tego za mnie już nie zrobi.

Wychowanie psa w pojedynkę u nas stworzyło bardzo duże przywiązanie psa do mnie. To ja jestem numerem 1, to ja karmię, bawię się, trenuję, a druga osoba jest gościem. Już planujemy wielki comeback, co będzie działo się w głowie psa? Wolę nie myśleć.

Marta, 20+, Zoyko-maniaczka, pracujący marketingowiec z Ochoty. Ewentualnie królowa internetów :)

Zoysz-horz

Mam psa :) Razem 1,5 roku. Decyzja była dość spontaniczna na urlopie, szybki telefon do szefa, pozwolenie na chwilowe przychodzenie z Zoyszem do pracy. No to zmieniam całe życie, trzeba wprowadzić jakieś zasady.

Jaki to był ból na początku jak kluska szczęścia nie rozumiała, że sikanie na środku pokoju nie jest fajne i ten wyrzut na mordzie wraz ze spojrzeniem: ale o co Ci właściwie chodzi? Po jakimś czasie udało się nam dotrzeć i teraz już jest wszystko ustalone.

Po pracy, nie ma, że boli – szoruję do domu, żadnego wyjścia na miasto, zakupów, czy zgubienia się po drodze. W końcu ktoś nie wychodził przez kilka dobrych godzin i trzeba jej ulżyć. No bo jak ja bym się czuła jak by mi zabroniono iść do łazienki? Radość w progu wynagradza wszystko :)

Jasne, że czasami zazdroszczę innym nielimitowanych wyjść i wyjazdów. Z drugiej strony dzięki Zoyce nie jestem leniwą bułą. Muszę się ruszyć z kanapy, wyjść, zwiedzać, łazić i pokazywać nowy świat. Bo jaki ona ma świat? Ja pracuję, wychodzę z domu na kilka godzin, mam kontakt z ludźmi. A ona? Czeka. 10 godzin. Dobrze, że ma kanapę przy oknie to może chociaż jak starsza pani majestatycznie pozwisać na parapecie i poburczeć na przechodniów. Zawsze mam wrażenie, że jej mało człowieka. Pierwsze pytanie jak gdzieś mam wyjść to czy Zoysz jest mile widziana. Znajomi już wiedzą, że jestem z nią w pakiecie nierozłącznym. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać czy nie było by dobrym pomysłem pozyskanie czworonożnego towarzystwa. W końcu we dwoje raźniej. Mam tylko małą wątpliwość czy skoro Zoysz zwykle je lepiej ode mnie, to jak sytuacja by się zmieniła przy dwóch potworach. Ogólnie i tak mam nadzieję, że jest jej ze mną najlepiej:)

Marianna, 30, marketingowiec na co dzień i dziennikarz muzyczny od święta. Mieszka w centrum Warszawy, z widokiem na ukochany Pałac Kultury. Od niedawna razem z Bartusiem, kundelkiem przygarniętym z Palucha.

20150214_154401

Sama z psem? Razem z psem!

Bartuś wygrał casting w Internecie. Nie miałam odwagi wejść do schroniska i decydować patrząc psom w oczy, a według psich parametrów Bartuś był idealny. Mały (do dźwignięcia przez mój chory kręgosłup), stary (raczej nie pożyje dłużej niż ja) i chory (NFZ finansuje mi leczenie za 40 tys. rocznie – mam w życiu farta, nich i pies ma).

To było przeznaczenie, miłość mimo przeciwności. We wskazanym miejscu na Paluchu go nie było i nikt o żadnym Bartusiu nie słyszał. Znalazł się po czterech rundach po schronisku i litrze łez rozpaczy. Mimo względnie młodego wieku (wg zębów koło 8 lat) Bartuś trafił na geriatrię. Bez sensu.

Najlepszy kardiolog w mieście mówi, że jest kiepsko. Bartuś jest bardzo chory – przerost serca, płyn w oskrzelach, wiadro różnych lekarstw. Kardiomegalia. Mega pies, tak o tym myślę. Trudno myśleć inaczej, skoro Bartuś kaszląc macha ogonem i wystawia się na kanapie do góry jajami z uśmiechem na pysku.

Na co dzień jesteśmy sami, tzn. we dwoje. Ale życie bez pary nie oznacza samotności, a przynajmniej ja zupełnie tego nie czuję. Jest sporo przyjaciół, ale o nich – tak jak o psa – też trzeba dbać. To ważne, bo w życiu bywa różnie. Jeśli trafię do szpitala, wiem że Bartuś pojedzie na wczasy do jednego z licznych domów, które w weekendy odwiedzamy.

Do rodziny nie pojedzie. Tu podejście do samotnego wychowania jest mocno konserwatywne. Po co ci taki kłopot? Przecież sama sobie nie poradzisz! I jedno z moich ulubionych: „Trzeba sobie raczej było wziąć dziecko z domu dziecka, to by ci chociaż w czymś pomogło!”. W takie dyskusje nie wchodzę.

Wiadomo, że nie jest łatwo, ale absolutnie nie ma na co narzekać. Trzeba wyjść rano na spacer to się idzie. Trzeba wstać w nocy, zrobić zastrzyk i trzymać za łapkę – wstaje się. Nie mam pretensji do losu, że jestem z tym sama i że nie mogę odwrócić się na drugi bok, a ktoś ogarnie codzienne sprawy.

Ja ogarniam wszystko i radzę sobie całkiem nieźle. Kiedy ja jestem w pracy i zarabiam na psie i własne atrakcje, Bartuś z godnością zostaje w domu. Wiadomo, że żaden pies nie lubi być sam, ale taka jest rzeczywistość, nieważne czy jest się samemu, czy z całą rodziną.

Na szczęście mieszkam 5 minut od biura i czasem mogę wziąć Bartusia do pracy na parę godzin. Nie nadużywam tego, bo pies się trochę nudzi, kiedy wszyscy siedzą przy komputerach. Jego rzadkie wizyty zupełnie nie mają związku z faktem, że w zeszłym miesiącu Bartuś puścił u Prezesa w gabinecie głośnego bąka.

Jak mówi babcia, „tylko męczę tego psa, bo w schronisku miał chociaż inne psy do towarzystwa”. Ale mnie się ciągle wydaje, że lepiej psa kochać wieczorami i w weekendy, niż wcale. Bartuś nie narzeka. Wystawia jaja do góry i szeroko się uśmiecha.

Kalina, 20+, mieszka z Dumą na Pradze. W obu tego słowa znaczeniach :).

Kala_Rogala-horz

Dumę (tak na imię ma moja psia partnerka ;) ) przygarnęłam pół roku temu. 1 września przyjechała do mnie zadredzona, śmierdząca, z cieczką, złamaną łapką i nieskończonymi pokładami miłości. Miałam jeszcze tydzień urlopu, więc miałyśmy odrobinę czasu, żeby się siebie nawzajem nauczyć. Okazało się, że Duma ma niespożytą energię teriera i niekończącą się potrzebę bycia z człowiekiem.

Czyli jak znalazł dla mnie :D

Moje życie weszło w inny rytm – taki psi. Skończyły się leniwe wieczory przed TV ;) Chora czy nie wyjść z psem muszę i CHCĘ. I nie ma, że na chwilę. Mieszkam sama, więc o wypadzie na kawę po pracy nie ma mowy.  Kino o 18 w poniedziałek? Nie…. „Mam psa, wiesz, spacer itp”.  „To może o 21?” Hmm… „Kurczę, a może pójdziemy gdzieś gdzie można zabrać psa?” Tak wyglądają teraz moje dialogi ze znajomymi.

Duma nauczyła mnie mnóstwa rzeczy:

  • Wstawać rano – dotąd każda minuta snu rano była bezcenna, teraz budzi mnie psiak, który już teraz bardzo chce się ze mną bawić, koniecznie już teraz!
  • Systematyczności – chcesz żeby pies dawał łapę? Trzeba trenować regularnie.
  • Spokoju i opanowania – pogryziony pilot? Eh no najważniejsze, że wciąż działa ;)
  • Powrotów do domu z imprez – nocowanie u znajomych po imprezie już nie przechodzi, przecież by tęskniła! Albo razem albo wcale.
  • Planowania – po pracy spacer, a potem jeszcze zakupy, bo zabrakło tylko śmietany do kolacji? (bo psa pod sklepem nie zostawiam!) Nauczyłam się, że można zaplanować co zjem w najbliższe kilka dni i wiele innych rzeczy. Pies to istota całkowicie zależna ode mnie, więc zawsze kiedy skracam spacer, bo się śpieszę, albo zostaję dłużej w pracy czuję się jak mały potwór.

Nie wiem jak sobie radzą samotne matki, bo ja ledwo ogarniam, żeby znaleźć chwilę dla siebie będąc „samotną właścicielką”. Z nikim nie dzielę się obowiązkami, ale gigantyczna dawka radości codziennie kiedy otwieram drzwi wracając z pracy jest bezcenna (nawet tego pilota już jej wybaczyłam). Dumka zawsze dysponuje dawką entuzjazmu potrafiącą podnieść z najgorszego humoru! Jestem pewna, że uratowała mnie już przed niejednym stanem depresyjnym. I jaka ona towarzyska, odkąd ją mam poznałam WIEEEEELOKROTNIE więcej ludzi niż wcześniej.

Nic tylko przygarniać psy!

You Might Also Like...

14 komentarzy

  • Reply
    Niuchacz
    23 lutego 2015 at 13:16

    „Mam takie samo jak Ty, ale inne”
    Będę śledzić kolejne wpisy- te czytałam z wielki zapałem, aby dowiedzieć się jak mają tez inne dziewczyny.

    PS- Jak miło jest być w sieci choć raz na jakiś czas Karoliną i Nutellą, nie Niuchaczem :)

  • Reply
    Ola Btk
    23 lutego 2015 at 13:32

    Super pomysł. Czekam już na kolejne wpisy, aby zobaczyć, co tam u innych w trawie piszczy ;)

    Pozdrawiamy,
    Ola i Habs

  • Reply
    slowemprzezswiat
    23 lutego 2015 at 14:29

    Fajny wpis. Ja nie miałam odwagi wziąć psa. Co będzie, jeśli się rozchoruję? Będę musiała wyjechać służbowo? Dlatego mam dwa koty. Ale miło poczytać, że single sobie radzą z psami. :)

    • Reply
      Zosia Kwiatkowska
      5 marca 2015 at 09:41

      Ej no, dwa koty też nie w kij dmuchał. Z powodów które wymieniłaś też wolałam mieć niegdyś kota, bo kot w razie czego nie ogranicza wyjazdów studenckich, praktyk w innych miastach, długich godzin pracy. Ułożyło się, że jest Bonzo i budowanie życie wokół wypadowej jego i moich potrzeb. No, a teraz to nawet wokół dwóch i cała przygoda z tym związana :)

  • Reply
    Patrycja
    23 lutego 2015 at 16:09

    Kurcze, fajnie czytać to co się napisało, do tego w taki miłym towarzystwie jesteśmy :)

    Czekamy na następne wpisy ! :)

    Pozdrawiamy Patrycja i Volta

  • Reply
    Mart
    23 lutego 2015 at 18:44

    Zgodnie z obietnicą Księżniczka Zoyka otrzymała parówkowego jeża w nagrodę za pozowanie do zdjęcia :)
    Super art! :)

  • Reply
    Marcin K
    23 lutego 2015 at 18:55

    Bardzo ciekawy wpis. Psa nie mam i mieć nie zamierzam, ale poczytać zawsze warto :)

  • Reply
    Łukasz Matelski
    23 lutego 2015 at 19:50

    pozdro Zoysz!

    • Reply
      Zosia
      5 marca 2015 at 09:25

      Widzę, że Zoysz ma wielu przyjaciół – już 2 osoby się do mnie zgłaszały informując, że znają i lubią :)

  • Reply
    Zocha27
    23 lutego 2015 at 20:13

    Swietny post! Bardzo motywujacy zwłaszcza ze ja tez planuje zamieszkać za dwa lata „sama razem z psem” :)

    • Reply
      Zosia
      5 marca 2015 at 09:25

      Ooo, to ja będę trzymać kciuki za Wasze mieszkanie „dorosłe” :)

  • Reply
    Ola
    26 lutego 2015 at 18:07

    Ta seria podoba mi się jeszcze bardziej, a to dlatego że też sama muszę zmagać się z tym na co dzień. Jak miło czuć zrozumienie u osób, które też mają taki ,,problem” chociaż ja staram się radzić z tym jak najlepiej, to niestety wypada różnie :). Ja co prawda mieszkam z mamą, ale nie ma jej w domu 11 godzin i zwykle pokrywa się to z moim wyjściem, zresztą jak jest nigdy z psem nie wyjdzie, nie zajmie się nim. Ale nie ma co narzekać, bo nie wiem co bym bez niego zrobiła :P.

    • Reply
      Zosia Kwiatkowska
      5 marca 2015 at 09:34

      Ola, ja mam wrażenie, że Emet jest Twoim sposobem na życie i to widać totalnie na Twoim blogu i mimo że nie zawsze jest lekko to nie jęczysz, tylko zaciskasz zęby i wynajdujesz nowe sposoby na problemy. To jest super, trzymaj tak dalej :)

Leave a Reply